Organique, Terapia Sea Essence

IMG_6989.JPG

Terapia Sea Essence to nowość w asortymencie marki Organique. Miałam okazję ją przetestować dzięki łutowi szczęścia – zostałam jedną z dwudziestu Testerek Organique. Zanim przedstawię szczegółowe recenzje produktów, chciałabym poświęcić chwilę na opowiedzenie Wam właśnie o tym doświadczeniu. Jeśli ta część Was nie interesuje, kliknijcie tutaj, aby przenieść się od razu do recenzji.

Nabór na testerki ogłaszany jest zwykle podczas wprowadzania nowych kosmetyków. Kiedy tylko produkt odpowiada moim potrzebom (czyli w 99% przypadków :)), zgłaszam się do jego testowania. Robiłam to już kilka razy, ale wygrać udało mi się po raz pierwszy. Aby zgłosić chęć wzięcia udziału, należy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jest się odpowiednią osobą do testowania i podać numer swojej karty Organique (jest wymagana).

Na czym polegają obowiązki Testerki Organique? Oczywiście na dokładnym przetestowaniu produktów. Organique obdarowuje testerki pełnowymiarowymi produktami, do których dołączone są szczegółowe ankiety, a w nich pytania nie tylko o działanie poszczególnych kosmetyków, ale również o aspekty takie jak opakowanie, zapach, konsystencja czy chęć ponownego zakupu. Podobała mi się ta szczegółowość ankiet i, jak to ja, wypełniłam je bardzo drobiazgowo. Organizowanie takich akcji to świetny pomysł. Jedyny zarzut, jaki mam do całego przedsięwzięcia to fakt, że ankiety trzeba odesłać po ok. miesiącu stosowania produktów. Dla mnie to zdecydowanie zbyt krótki czas, aby wydać stuprocentowo wiarygodną opinię (o czym zresztą napisałam w swojej ankiecie). Nie zdążyłam skończyć w tym czasie wszystkich produktów, ale na szczęście moja początkowa opinia nie zmieniła się z biegiem czasu. Na blogu przedstawiam zawsze produkty które albo zużyłam do końca, albo stosowałam przez tak długi czas, że jestem pewna, co o nich myślę. I na taką właśnie recenzję Was zapraszam. 🙂

.

Rewitalizujący peeling solny

Cena: 59,90 zł/200 ml (klik)

Peeling to pierwszy kosmetyk z całej linii, jakiego użyłam. Prysznic zaczynam zawsze od pielęgnacji włosów. Kiedy zabieram się za pozostałe czynności (w tym peeling), moje ciało jest już mokre. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek nakładała peeling na całkowicie suchą skórę i nie zrobiłam tego także tym razem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy sól rozpuściła się natychmiast po kontakcie ze skórą! Kiedy nabierałam produkt, bardzo się cieszyłam, bo wyczuwałam pod palcami drobinki i pomyślałam, że świetnie złuszczą naskórek, a otrzymałam efekt zwykłego żelu pod prysznic. Skóra w ogóle nie była wypeelingowana. Drugie podejście zrobiłam już całkowicie na sucho i tym razem miałam styczność z prawdziwym peelingiem, a nie z żelem. Okazuje się, że bardzo dobrze złuszcza martwy naskórek. Drobiny są wyczuwalne, ale żeby uzyskać dobry efekt, trzeba dość mocno trzeć po skórze i przyciskać do niej produkt, co jest średnio wygodne. Już dawno tak bardzo się nie skupiałam przy robieniu peelingu 😀 Komfort użytkowania oceniam zatem jako niski. Trzeba się „narobić”, a do tego pamiętać, żeby ciało było całkiem suche, o czym zdarzało mi się zapominać bardzo, bardzo często. Po użyciu peelingu na skórze zostaje ultracienki film i ten efekt naprawdę mi się podoba – skóra nie jest wysuszona i „odarta” ze wszystkiego, ale lekko odżywiona i wygładzona.

IMG_7008.JPGIMG_7010.JPG

Peeling ma bardzo rzadką konsystencję, przez co łatwo rozprowadza się go po skórze, ale niewygodnie wyjmuje z opakowania – duża część przecieka przez palce. Przez chwilę myślałam o dosypaniu do niego cukru, co często robię, kiedy peeling nie jest wystarczająco gęsty lub za słabo złuszcza, ale potem doszłam do wniosku, że skoro mam go porządnie ocenić, to lepiej go nie ulepszać. Zapach jest za to bardzo przyjemny – morski, świeży, orzeźwiający, przypominający świeże pranie. Kojarzy mi się z wakacjami, morzem, piaskiem na plaży – a to wszystko miłe skojarzenia. Uważam go za dużą zaletę. Wszystkie produkty pachną niemal identycznie, dlatego nie będę opisywać oddzielnie zapachu pozostałej dwójki.

Co do opakowania, wolałabym, żeby nie było tak niskie i szerokie, a węższe i wyższe, co bardzo poprawiłoby wygodę użytkowania.

Peeling to produkt, którego na pewno nie kupię w przyszłości. Kiedy już wie się, jak go stosować, działanie jest rzeczywiście dobre, ale poza tym należy w nim poprawić zbyt wiele rzeczy, żeby był wart powrotu.

Skład: Sodium Chloride, Aqua, Glycerin, Crithmum Maritimum Extract, Undaria Pinnatifida Extract, Lithothamnium Calcareum Powder, Lactose, Microcrystalline Cellulose, Tocopheryl Acetate, Propylene Glycol, Xanthan Gum, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, CI 77007

Rewitalizujący krem do ciała

Cena: 69,90 zł/200 ml (klik)

Krem do ciała… A to nazwa! Mimo, że nietypowa (zwykle produkty do ciała nazywa się masłami, balsamami, mleczkami itd.), to bardzo trafna. Produkt ma rzeczywiście konsystencję kremu. Bardzo, ale to bardzo łatwo rozprowadzić go na skórze, dosłownie po niej sunie. Wchłania się błyskawicznie, co uważam za duży plus, szczególnie w okresie letnim. Nawet jeśli nałoży się go odrobinę za dużo, wchłonie się całkowicie i nie będzie ściekał z ciała przy wysokich temperaturach. Jedyna rzecz, do jakiej mam zastrzeżenia w kontekście rozprowadzania, to obecność niebieskich drobin (widać je dobrze na zdjęciu), które rozpuszczają się pod wpływem ciepła ciała, ale najpierw trzeba je „ciągnąć” tam i z powrotem przy rozsmarowywaniu, a są odczuwalne i zawsze myślę, że jakiś paproszek zawieruszył mi się w tym kremie.

IMG_7002.JPG

Mam takie same uwagi co do wysokości i szerokości opakowania, jak w przypadku peelingu. Za to krem lubiłam od niego o wiele bardziej. Tak jak wspomniałam, wchłaniał się superszybko, dlatego wygoda stosowania była ogromna. Po wchłonięciu zostawiał na skórze cienki film (nietłusty, nieklejący i nie nieprzyjemny), który dawał wrażenie bardzo uelastycznionej skóry. Gdybym nie widziała wcześniej składu, zastanawiałabym się, czy produkt nie zawiera przypadkiem silikonów. Skóra była wygładzona i nawilżona. Myślę, że osoby, których nie dotyka problem przesuszenia, byłyby w pełni usatysfakcjonowane takim działaniem, ale ja niestety mam trochę problemów: moja skóra ramion i przedramion często jest przesuszona. Muszę ją mocno odżywiać i chronić przed dalszym wysuszaniem, dlatego sam krem Organique działał tylko na krótką metę – co jakiś czas musiałam używać czegoś treściwszego (domowej roboty masło do ciała, które pokazywałam tutaj sprawdziło się fantastycznie). Nie uważam tego jednak za problem i za żadną nowość, bo często zdarza mi się mieć kilka produktów tego samego rodzaju (np. szamponów czy właśnie smarowideł do ciała) i stosować je w zależności od aktualnych potrzeb.

Skład: Aqua, Glycerin, Ethylhexyl Cocoate, Glyceryl Stearate SE, Parfum, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Crithmum Maritimum Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Undaria Pinnatifida Extract, Hydrolyzed Collagen, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Olus (Vegetable) Oil, Lactose, Microcrystalline Cellulose, Tocopherol, Tocopheryl Acetate, Propylene Glycol, Alcohol, Caprylic/Capric Triglyceride, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Hydroxyethyl Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Citric Acid, Sodium Hydroxide, CI 77007

Detoksykujący żel pod prysznic

Cena: 39,90 zł/250 ml (klik)

Tak jak swoi poprzednicy, żel pod prysznic również charakteryzował się pozostawianiem cieniutkiej warstwy na skórze. Oczywiście, nie była to warstwa zwalniająca z użycia balsamu, ale dało się wyczuć, że nie ogołocił skóry doszczętnie, ale starał się ją również pielęgnować (kurczę, to chyba te algi :)). Żel miał rzadką konsystencję (widać ją na poniższym gifie), ale mimo to okazał się być bardzo wydajny. I… to tyle! Mył jak wiele innych żeli, nie widziałam w nim niczego nadzwyczajnego ani wyróżniającego z „tłumu” (mówię o żelach bez SLS i SLES). Był delikatny dla skóry, nie wysuszał jej, przez chwilę pozostawiał na niej delikatny zapach. Bardzo go lubiłam, ale mimo to do niego nie wrócę, jak się zapewne domyślacie, ze względu na cenę. W czterdziestu złotych zmieszczę kilka żeli o podobnym działaniu (może poza warstewką).

IMG_6998.JPG

gif.gif

Skład: Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Glycerin, Fucus Vesiculosus Extract, Undaria Pinnatifida Extract, Crithmum Maritimum Extract, Lactose, Microcrystalline Cellulose, Tocopheryl Acetate, Alcohol, Tocopherol, Caprylic/Capric Triglyceride, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Propylene Glycol, Xanthan Gum, Parfum, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Citric Acid, CI 77007

Terapia Sea Essence to produkty raczej dla tych, którzy cenią w kosmetykach takie cechy jak zapach i ładny wygląd, a od działania nie wymagają geniuszu. Dla osób, które w pielęgnacji próbowały już wielu rzeczy i mają dobrze określone wymagania, może okazać się „przeciętniakiem” – produkty działają, ale nie są nadzwyczajne, wyróżniające się. Sądzę, że ja też potrafiłabym wymienić jednym tchem po kilka produktów lepszych od każdego kosmetyku z tej serii. Mimo to, będę ją dobrze wspominać (nawet peeling, bo ostatecznie złuszczał :P) i cieszę się, że zaliczono mnie do grona testerek.

Jeśli macie jakieś doświadczenia z tą serią, chętnie poznam Wasze opinie. Tymczasem pozdrawiam i do usłyszenia w kolejnym wpisie. 🙂

2 myśli w temacie “Organique, Terapia Sea Essence”

    1. Polecam kupno kremu do ciała, sama zastanawiam się, czy za rok do niego nie wrócić 😉 Dobrze by się sprawdził w upały. A teraz w Organique jest rabat 17% z okazji urodzin marki 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s