Leahlani, Mermaid Mask

IMG_0971.JPG

Kiedy odkryłam spirulinę w pielęgnacji, byłam nią zachwycona (który raz to już mówię? 😀 ). Ten proszek o głębokim, zielonym, rajskim kolorze w formie masek świetnie oczyszczał, odżywiał i wygładzał moją skórę. Nikogo więc chyba nie zdziwi, że zaczęłam jej szukać również w gotowych produktach i tak trafiłam na maseczkę Leahlani.

Marka Leahlani wywodzi się z Hawajów. Składy ich kosmetyków są przepiękne, a cała otoczka bardzo mnie przyciąga. Skusiłam się na Kalima Cleansing Powder oraz Mermaid Mask, ale wiem, że to nie ostatnie nasze spotkanie – jesienią planuję kupić Honey Love (peeling-maseczkę) i Pamplemousse (olejek do oczyszczania twarzy). W Europie można je kupić w sklepie Cult Beauty, z którego zamawiałam i ja 🙂

Cena: £37.00/50 ml (klik)

IMG_0993.JPG

Po pierwszym otwarciu opakowania zobaczyłam czarną, zbitą masę. Jak się później okazało, była to jedna z warstw tej maseczki. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam – produkt trzeba było dokładnie wymieszać przed użyciem, aby składniki mogły się ze sobą połączyć. U mnie mieszanie zakończyło się złamaniem drewnianej łyżeczki 😛 Wszystko dlatego, że masa była dość twarda. Podejrzewam, że głównym winowajcą był tutaj miód. Nie piszę o tym dla samego pisania, a żeby zrobić wstęp do konsystencji i aplikacji. Otóż maseczka była niezwykle gęsta, delikatnie ciągnąca się i okazała się niezłym wyzwaniem przy nakładaniu – roztarcie jej na suchej skórze stanowiło dla mnie dość duży problem, dlatego musiałam posiłkować się wilgotnym podkładem w postaci toniku, hydrolatu lub wody termalnej. Wtedy dało się ją rozprowadzić bez problemu. Sytuacja poprawiła się późną wiosną, kiedy zaczęły się upały. Wówczas formuła nieznacznie się upłynniła i podkład pod maseczkę był już zbędny. Doszła za to kolejna komplikacja: powoli spływała z twarzy podczas noszenia. Jedynym plusem takiego zachowania był fakt, że dostawała się na usta i mogłam ją zlizać, a była słodziutka 😀 Nie polecam kupować jej z zamiarem używania latem.

Przy „normalnych” temperaturach maseczka bardzo komfortowo leży na skórze. Nie zasycha i nie ściąga. Producent zaleca nakładanie jej na 5-10 minut, u mnie było to około 20, po tym czasie bardzo łatwo dawała się zmyć wodą.

Co się działo po zmyciu? 🙂 Czułam duży komfort i ukojenie skóry. Przerabiałam sporo maseczek (głównie takich z glinką), bo których skóra wołała, żeby szybko coś na nią nałożyć. Tutaj się tak nie działo i nie raz Mermaid Mask była moim ostatnim krokiem w pielęgnacji. Nie pozostawiała po sobie warstwy, ale też nie wzmagała odwodnienia, nie niszczyła naturalnej bariery skóry. Miała działanie nawilżające i wygładzające, lekko oczyszczające, ale nie polegałabym na niej, chcąc uzyskać tylko oczyszczenie. Skóra po jej użyciu była bardzo miękka – najbardziej odczuwałam to nie tuż po aplikacji, ale dopiero z czasem. Tak jak wspomniałam, często już sama maseczka była dla mnie wystarczająco odżywcza, żeby nie nakładać po niej już niczego na twarz. Nie kojarzcie tego jednak z mocno odżywczymi, pozostawiającymi film konsystencjami, bo nie o tym mówię i nie tego szukam. Przywykłam do obciążania skóry wieczorną pielęgnacją, nakładałam ciężkie formuły i liczyłam na nie wiadomo jaką regenerację, a okazuje się, że nie jest to uniwersalna metoda, dobra dla każdej skóry i że lekkość o wiele lepiej zdaje u mnie egzamin. A zapewniała ją Mermaid Mask 🙂 Poza szybko widocznymi efektami, nakładałam ją też z myślą o dostarczeniu skórze antyoksydantów.

IMG_1003IMG_1011

Mermaid Mask znaczy dosłownie „syrenia maska”. Obecność alg bardzo do tej nazwy pasuje. Albo nazwa do obecności 😉 Spójrzmy na skład:

Honey (Hawaiian Raw Honey), *Arthrospira Platensis (Spirulina) Extract, Illite (Montmorillonite Clay), Kaolin (Sea Clay), *Chlorella Vulgaris (Chlorella) Powder, *Citrus Sinensis (Sweet Orange) Peel Oil, *Hippophae Rhamnoides (Sea Buckthorn) Fruit Oil, Leuconostoc Ferment Filtrate, Aqua, Dunaliella Salina (green microalgae) Extract, Ormenis Multicaulis (Chamomile) Flower Oil, Anthemis Nobilis (Wild Chamomile) Flower Oil, Monarda Fistulosa (Bee Balm), Pelargonium Graveolens (Geranium) Leaf Oil, Cymbopogon Martinii (Palma Rosa) Herb Oil, Lavendula Angustifolia (Lavender) Flower, Cananga Odorata (var.Genuana Ylang Ylang) Flower Oil, Rosa Demascena (Rose) Flower Oil, Nelumbo Nucifera (Lotus, White) Flower Extract, Eriocephalus Punctulatus (Cape Chamomile) Oil, Beeswax (Honey Absolute), Coriandrum Sativum (Coriander) Seed Oil, Vanilla Planifolia Bean Extract


*organic **wild-harvested

Dość długi i bardzo bogaty. Jak widać, bazą jest tutaj hawajski miód, zaraz po nim moja ukochana spirulina, a nieco dalej kolejna alga: chlorella. Glinki, oleje, olejki, ekstrakty. Razem tworzą cudowną masę o bardzo słodkim, nieco egzotycznym zapachu (dla osób, które boją się woni alg: zostały „podane” bardzo przystępnie, nie czuć rybiego aromatu).

Czy do niej wrócę? Teraz nie (choć po cichu liczę, że jednak nasze drogi znowu się zejdą). Mimo tego, że świetnie się przy niej relaksowałam i że dobrze wpływała na stan mojej skóry, nie okazała maseczką, bez której nie wyobrażam sobie pielęgnacji i na której użycie wręcz czekam (jak na The Bean Mask od Mahalo – którą kocham całym sercem). Jest jeszcze sporo produktów z tej kategorii, które chcę poznać, stąd taka decyzja. Mimo wszystko użycie miodu i alg zainteresowało mnie na tyle, że mam zamiar stworzyć własną wersję. Na pewno zostawię sobie ten piękny, elegancki słoiczek i to tam coś zmieszam. 🙂 To maseczka godna polecenia, przemiły dodatek do pielęgnacyjnego rytuału, poprawiacz nastroju, ale nie powiem „musicie ją mieć”.

Do usłyszenia w kolejnej recenzji! 🙂

Ewelina

2 myśli w temacie “Leahlani, Mermaid Mask”

  1. Przebogaty i ciekawy skład tej maseczki. Czy byłabym nią zainteresowana? Pewnie tak, choć jak pisałaś, tak duża ilość produktów które chce się wypróbować sprawia, że inne oddalają się na koniec długiej kolejki. Z maskami u mnie różnie. Bywało, że nie zużywała całego opakowania, więc kupowałam saszetki, które z kolei gdzieś się zapodziewały i znajdowały po dacie ważności. Od kiedy kupiłam pierwsze maski glinkowe stosuję je w miarę regularnie i wolę niż te dawne w kremie. Niestety najmniej przyjemne dla mnie jest ich zmywanie. Powoli zaczynam lubić maskę od Mydłostacji, a najbardziej to jaka jest moja skóra po jej zmyciu. Nie mam potrzeby nakładania niczego więcej, albo robię to po dłuższym czasie. Lubię też maski algowe z e-naturalne.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja swego czasu bardzo lubiłam rewitalizującą maskę algową z e-naturalne. Miałam też wersję nawilżającą i dwie w saszetkach, ale nie zachwyciły mnie tak bardzo jak tamta. Ostatnio maseczki to moja wielka kosmetyczna miłość 🙂 Wciąż nie mogę się jednak przekonać do maseczki Mydłostacji, chwilowo jej nie stosuję, ale mam kilka pomysłów na jej użycia – może sytuacja się poprawi.
      Dziękuję za odpowiedź!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s