Lush Botanicals, Sok | tonik | esencja Juice in Motion

IMG_0699.JPG

Sok to wybitnie nietypowa jak na kosmetyk nazwa, ale po dobrym poznaniu Juice In Motion nie wyobrażam sobie, że mógłby nazywać się inaczej. Marka Lush Botanicals opracowała produkt głęboko odżywczy, który dla mnie rzeczywiście jest pewnego rodzaju pokarmem dla skóry (a skojarzeń z jedzeniem jest jeszcze więcej, bo należy go przechowywać w lodówce 😉 ).

Cena: 95 zł/100 ml (klik)

Poza sokiem, producent używa dla niego różnych nazw: tonik, cleanser (produkt do oczyszczania), a patrząc tylko na skład, można zgadywać jeszcze inne role i ostatecznie dostać oczopląsu i bólu głowy. Jednak po długim stosowaniu wszystko staje się jasne: to kosmetyk szalenie wielofunkcyjny. Nie miałam jeszcze produktu (zaznaczę: nie surowca, a złożonego  z wielu składników kosmetyku), dla którego znalazłabym aż tyle zastosowań i to takich nienaciąganych.

Zanim przejdę do zastosowań i działania soku, przedstawię jego właściwości fizyczne, moim zdaniem równie ciekawe. Połączono tu wodę, sok z aloesu, glicerynę, mleczko pszczele z mnogością olejów i ekstraktów. Pełen skład przedstawia się następująco:

Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, Citrullus Vulgaris (Watermelon) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Glycerin, Royal Jelly, Paullinia Cupana (Guarana) Seed Extract, Citrus Aurantium Amara (Orange) Fruit Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract, Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Limonene

Mamy tu zatem połączenie różnych konsystencji i różnych rodzajów cząsteczek – olej i wodę, ale brak emulgatora. Zapewne domyślacie się, co to oznacza: produkt jest dwufazowy i przed użyciem należy go dokładnie wymieszać. Początkowo nazywałam go czule „rosołkiem” ze względu na jego wygląd po wylaniu na dłoń (oka) 😀 Tak jak pisałam, przed użyciem porządnie wstrząsam butelką i potem wylewam pożądaną ilość na dłoń. Wtedy dzieje się to, co lubię najbardziej – do moich nozdrzy dociera ten piękny, pomarańczowy zapach, jakby ktoś wycisnął świeży, owocowy sok. Jest przepiękny, bardzo energetyzujący i czyni ten kosmetyk jeszcze bardziej wyjątkowym i luksusowym. Poczytałam o nim na stronie producenta i jest wynikiem połączenia czwórki cytrusów: cytryny, pomarańczy, grejpfruta i mandarynki, tylko to sobie wyobraźcie! Poprawia humor, sprawia radość, chce się go mieć na twarzy.

A teraz do brzegu – czyli o zastosowaniach soku.

Tonik/esencja/serum

Ciężko mi zdecydować, które z powyższych zastosowań przypisałabym mu najpierw. Ze względu na swoją bogatą formułę, szybko wprowadził do mojej pielęgnacji ciekawą zmianę – stosowałam go jako tonik, ale był to jednocześnie mój ostatni krok w pielęgnacji. Zdarza mi się po oczyszczaniu zostawić skórę w spokoju. A czasem po oczyszczaniu+toniku. Zawsze robię to celowo i z ogromnym wyczuciem, zważając na komfort i potrzeby skóry. Nie zawsze potrzeba mi bogatych, odżywczych konsystencji na noc, nie jestem też wielką zwolenniczką wielu warstw na skórze, dążę do minimalnych ilości nakładanych produktów, rozcieńczam je w miarę możliwości. Każdego dnia oceniam skórę, wyczuwam, czego jej trzeba. Mam cerę problematyczną, którą łatwo obciążyć – stąd mój pomysł na „odciążanie”. Bezkremowa noc po samym oczyszczaniu/toniku jest u mnie wykonalna przez maksymalnie 2 dni pod rząd, a najlepiej 1 – potem przychodzi ściągnięcie i skóra chce nawilżenia. Po jednym takim dniu jest za to uspokojona, gładka, bierze oddech. Takie noce uskuteczniałam raz na kilka tygodni. Sok Lush Botanicals jest cudowny, ma niespotykaną dla mnie wcześniej formułę, bardzo płynną, lekko tłustą, dobrze otula skórę, ale nie daje uczucia ciężkości, skóra się pod nim nie poci. Nakładałam cienką warstwę, która szybko się wchłaniała, ale zostawiała po sobie przyjemny woal, dając olbrzymi komfort. Z jego użyciem mogłam mieć bezkremową noc nawet codziennie, odżywiał „w punkt” i nie obciążał, nie oblepiał skóry, nie musiałam zastanawiać się, czy się wchłonie, czy nie wchłonie. Muszę powiedzieć, że po nocy z tym sokiem na twarzy budziłam się zawsze z supermiękką skórą, taką, którą chce się wciąż dotykać, bo to takie przyjemne. Był to nie tylko efekt doraźny; w trakcie stosowania soku moja skóra utrzymywała dobrą kondycję, nie tylko dzień po użyciu, ale na dłuższą metę. Po raz pierwszy od dawna widziałam różnicę, której sobie nie wmawiałam i której nie musiałam szukać na siłę – było widać. Czułam się nieco młodziej, moja cera jakby dostawała pokładów energii, bo wyglądała zdrowiej, mniej ziemiście, nie była „przemęczona” – to efekt, który niestety obserwuję na swojej skórze regularnie, częściej lub rzadziej. Co jednak zaskoczyło mnie najbardziej, to gładkość nie tylko pod palcami przy dotyku, ale także wygładzenie widoczne gołym okiem, w lustrze. Nie osiągam polepszenia w tej kwestii bardzo często, dlatego tym bardziej to doceniam.

Sok zapewniał przeciwdziałającą odwodnieniu lekką okluzję, jednak nie dawał efektu nieprzepuszczalnej maski. Po aplikacji takiego kosmetyku nie odczuwałam potrzeby nałożenia niczego więcej, zresztą nie wiem, czy miałoby to większy sens, bo sam w sobie był superodżywczy i zapewniał komfort, którego oczekiwałam. Muszę nadmienić, że nie raz przyniósł mi też ulgę, gdy wieczorną pielęgnację wykonywałam bardzo późno i nie chciało mi się tego robić. Przypominałam sobie, że hej, po oczyszczaniu nałożę tylko sok i to tyle. Nie oznacza to, że szłam na łatwiznę i kiedy mi się nie chciało, to ciach! sok. Nie używam kosmetyków przypadkowo, jednak doceniam wszelkie ułatwienia.

Oczyszczanie

Pierwszym krokiem oczyszczania jest u mnie z reguły olej, rzadziej płyn micelarny. Sok Lush Botanicals chciałam sprawdzić pod tym kątem z dwóch powodów: deklaracje producenta (że można nim oczyszczać) oraz nietypowa formuła. Stosowałam go dokładnie tak samo jak wszelkie inne oleje/olejki do demakijażu – nakładałam na suchą skórę i masowałam. Poradził sobie świetnie. Skóra była doczyszczona, nie mam absolutnie żadnych zarzutów pod tym kątem.

Musicie jednak wiedzieć dwie rzeczy: wybitnie rzadko usuwam tusz do rzęs olejem (zrobiłam to 2-3 razy w życiu), a także: nie noszę w ogóle innego makijażu niż wspomniany tusz. Zatem mój „demakijaż” to zawsze raczej „depielęgnacja” i często zdarza się, że zanieczyszczenia, które usuwam, nie są tak ciężkie, jak to może być w przypadku umalowanej skóry. Jeśli więc zależy Wam na opinii w takiej perspektywie, to niestety jej nie napiszę. Chociaż… kremy z filtrem też potrafią być megaciężkie i tutaj już mogę się wypowiedzieć: sok zmywa jak marzenie. Po raz kolejny odczułam jego „inność”, bo nakładałam na skórę jednocześnie wodną, jak i olejową konsystencję. Oleje bardzo dobrze oczyszczały, a reszta nadawała całej formule lekkości, w związku z czym przy masażu operowałam produktem z łatwością, ręce mogły przesuwać się po twarzy bez trudu i bez poczucia wejścia w kostkę masła. Zmywanie było mniej problematyczne niż w przypadku  klasycznych olejów/olejków, choć też nie obyło się u mnie bez drugiego kroku Przypominam: brak emulgatora 🙂 (ale nawet gdy w składzie jest emulgator, to wykonuję drugi etap).

Swoją drogą, umieram z ciekawości, jaki produkt (typu żel, pianka, emulsja) mogłoby stworzyć Lush Botanicals. Patrząc na kosmetyki, które miałam do tej pory (wliczając próbki), to by było coś!

Do ciała

Sok stosowałam, kiedy w Polsce było bardzo ciepło, a wręcz gorąco i taka pogoda wymaga na mojej skórze dwóch rzeczy: kosmetyku, który nie spłynie, nie będzie wzmagał pocenia i nie będzie się kleił, a jednocześnie takiego, który zapewni ochronę przed ucieczką wody ze skóry. Przesusz latem to u mnie stały repertuar (mówię o skórze ciała, na twarzy jest nieco lepiej) i długo mi zeszło, zanim zorientowałam się, że tak, latem też są potrzebne cięższe konsystencje i ogólnie: okluzja. No ale jak to, smarować się tłustymi masłami? Nocą jest to może nieco bardziej wykonalne (choć w najgorętsze dni nie), ale chciałam zabezpieczyć się również w ciągu dnia i sok Lush Botanicals dał mi to wszystko: lekkość i ochronę. Do tego piękny zapach ciała. Czułam się świetnie, wychodząc tak z domu 🙂 Przyznam jednak, że do ciała stosowałam go najrzadziej, bo widząc jak skóra twarzy czerpie z niego garściami, to jej przysługiwało pełne prawo do tego produktu.

Porady i wskazówki

100 ml to jednocześnie dużo i mało – na twarz to bardzo dużo, na ciało niewiele. Już bardzo dawno temu przestałam używać płatków kosmetycznych do innych czynności niż zmywanie tuszu do rzęs płynem micelarnym. Wam również gorąco to polecam: zachowajcie buteleczkę po jakimś produkcie z atomizerem i przelewajcie sobie do niej toniki, jeśli go nie posiadają. A takie produkty, jak sok Lush Botanicals, można śmiało nakładać ręką – wylać odrobinę w zagłębienie dłoni i dopiero wtedy nałożyć na skórę. Wtedy jego wydajność wzrośnie gigantycznie. 100 ml to pojemność, przy której można poszaleć i tak jak ja, stosować i jako krok oczyszczający, i jako krok odżywczy, a dodatkowo na ciało.

Producent sugeruje zużyć sok w ciągu 10 tygodni od daty produkcji. Nie wspomniałam o ważnej cesze kosmetyków Lush Botanicals: są pozbawione konserwantów i należy je przechowywać w lodówce (choć są wyjątki, jak np. masełko do ust). Ja przeciągnęłam te daty: krem stosowałam dłużej o dwa miesiące. W przypadku soku niestety nie pamiętam dokładnej daty, ale było to nieco krócej. Oczywiście, robię takie rzeczy na własne ryzyko i zawsze bacznie obserwuję zachowanie produktów. Nie zawsze jestem w stanie opróżnić butelkę w zalecanym czasie, a nie chcę nakładać gigantycznych ilości tylko w celu zużycia. Myślałam również o konserwacji i jeśli tylko czujecie się na siłach, to jest to dobre posunięcie. U mnie nic się z produktem nie działo. Bardzo przestrzegałam trzymanie w lodówce, chowałam produkty tuż po użyciu, a czasem jeszcze przed.

Lush Botanicals pakuje swoje dobroci w Miron Violet Glass, specjalne szkło, które nie przepuszcza promieni, a tym samym wspomaga zachowanie świeżości produktu. Miron Glass ma podstawową wadę, jaką jest ciemność absolutna, gdy chce się podejrzeć, ile kosmetyku zostało jeszcze w opakowaniu 😀 Ale to da sie przeżyć, można też wyczuć to mniej więcej wagowo, a sokiem sobie pochlupać. Na koniec bardzo ważna informacja. Opakowania można zwracać producentowi w zamian za rabat na kolejne zakupy. Akcja jest opisana tutaj. Bardzo sobie chwalę takie podejście, więc będę o tym wspominać przy każdej okazji 😉

Najmocniej przepraszam, że nie wpis nie zawiera zdjęcia konsystencji – na pewno sięgnę jeszcze po ten sok i wtedy edytuję recenzję, tym razem się zagapiłam.

Bardzo serdecznie Was pozdrawiam! Kolejne wpisy już w planach, będzie m.in. krem In The Air od Lush Botanicals właśnie 🙂 A na tę jesień/zimę planuję włączenie do pielęgnacji jeszcze kilku innych kosmetyków tej marki – absolutnie mnie oczarowała.

Ściskam, Ewelina

2 myśli w temacie “Lush Botanicals, Sok | tonik | esencja Juice in Motion”

  1. Świetna recenzja:) Na taką zasługuje ten produkt. Produkt który zabrałabym ze sobą na bezludną wyspę. Pod warunkiem, że będznie tam lodówka;) Ty masz talent dziewczyno! 👏🏻👏🏻👏🏻

    Polubienie

  2. Dziękuję!! Wiem, że jesteś ogromną fanką tego produktu 🙂 Tak jak pisałam, w ciągu najbliższych miesięcy planuję wprowadzenie do pielęgnacji innych kosmetyków tej marki, Cream In the City i Stardust, więc będziemy miały o czym podyskutować 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s