Lush Botanicals, Krem ultranawilżający In the air

IMG_2545.JPG

Lush Botanicals – kilka ogólnych słów

Marka Lush Botanicals to moje odkrycie tego roku. Rzadko zachwycam się marką jako całością, raczej konkretnymi produktami, ale ta dołącza do pozostałej dwójki (swoją drogą, czy domyślacie się, co to za dwójka? ;)) Powodów jest kilka. Po pierwsze, samo działanie tych kosmetyków na moją skórę. Mam wrażenie, że są wręcz szyte na miarę dla mojej cery. Oczywiście nie zakładam, że gdybym dowolnego dnia nałożyła na skórę dowolny preparat, poczułabym, że „to jest to” i że tego właśnie trzeba mojej cerze. Skóra się zmienia, organizm się zmienia, warunki atmosferyczne się zmieniają i nie jest mi obce zupełnie inne zachowanie skóry po aplikacji danego kosmetyku, gdy te zmienne przyjmują różne wartości. Dlatego porządne testy zawsze trwają u mnie długo i dobieram kosmetyki do potrzeb.

Nie bez znaczenia jest dla mnie także zachowanie marki względem środowiska. Wiecie już, że to dla mnie ważne; moja świadomość się zwiększa i podejmuję coraz więcej kroków ku temu, żeby plastik (i ogólnie: odpady) nie królowały w moim otoczeniu. Nie może być u mnie wpisu bez wspomnienia o takich sprawach 🙂 Myślę, że marka, która nie dąży do polepszenia sytuacji, nie może się nazywać naturalną. Lush Botanicals stosuje szklane opakowania i ma świetny program ich zwrotu: za 5 opakowań otrzymujemy rabat na zakupy, a za 10… pełnowymiarowy kosmetyk! Myślę, że o ile rabaty są zawsze atrakcyjne, to nie aż tak, jak darmowy kosmetyk i od teraz klienci jeszcze chętniej będą brali udział w tej akcji. Ja oczywiście kibicuję i zachęcam 🙂 Więcej informacji znajdziecie pod tym linkiem: KLIK.

Działanie i ekologia to jedno, ale u Lush Botanicals podoba mi się jeszcze inna rzecz: formuły kosmetyków. Odnoszę wrażenie, że to jest ten typ produkcji, który nie dopuszcza kompromisów i dopóki w produkcie nie pozostanie już nic do dopracowania, dopóty nie zostanie on wypuszczony na rynek. Przy każdym kolejnym kosmetyku zauważam wysoką jakość, nie odczuwam (a już nie raz mi się to zdarzyło u innych), jakby ktoś wrzucił składniki do słoiczka zupełnie przypadkowo, bez uprzedniego przemyślenia i wielu prób.

Poznawanie Lush Botanicals rozpoczęłam od trzech produktów: genialnego soku (jego recenzję znajdziecie tutaj), masełka do ust i kremu ultranawilżającego, który jest bohaterem tego wpisu. Dziś moja lodówka skrywa już kolejne, a w nowym roku mam zamiar kontynuować ich poznawanie.

Cena: 225 zł/50 ml (klik)

IMG_2551

Konsystencja, rozprowadzanie, wchłanianie

Konsystencja in the air jest dosyć specyficzna i w moim przypadku wymagała oswojenia. Tworzy delikatne smugi, zatem rozcieranie czy wklepywanie nie było dla mnie początkowo łatwe. Jednak z czasem nauczyłam się prawidłowej aplikacji. Mam jeden dobry sposób, o którym często zapominam, mianowicie ogrzanie kosmetyku w dłoniach. Ciepło ciała upłynnia konsystencję, sprawia, że krem wchłania i rozprowadza się o wiele lepiej i w przypadku in the air to był klucz do sukcesu. Już chwila rozcierania między palcami sprawiała, że po nałożeniu pracowało się z nim komfortowo. Polecam ten sposób. Producent sugeruje też, żeby nie rozcierać kremu, a go wklepywać. Oj, ja nie jestem do tego przyzwyczajona, ale ta konsystencja sama sugeruje, żeby postępować z nią inaczej. Lubiłam też rozprowadzanie na delikatnie wilgotnej (od toniku) skórze. Robię tak często, bo wtedy zużywam minimalne ilości produktu. Uważam, że zmniejszenie dawek przyniosło mojej skórze wiele korzyści. Nie lubię oblepiania i dlatego nie identyfikuję się zupełnie z zasadami koreańskiej pielęgnacji.

In the air jest dosyć gęsty, bo nabraniu nie odkształca się, nie przelewa. Wchłania się szybko, a nawet bardzo szybko, jeśli porównać go do średniego czasu wchłaniania naturalnych kremów. Oczywiście czas wchłonięcia jest zależny od zaaplikowanej ilości. To cecha, która bardzo mi się w nim podoba – przy minimalnej dawce będzie prawie niewyczuwalny (ale proszę, nie mylcie tego z efektem nicnierobienia), przy większej zaspokoi wymagania osób, które lubią delikatną warstwę, a nawet całkiem porządną okluzję. Nie jest jednak oślizgły, nie pozostawia olejowej maski.

Czuję, że muszę napisać jeszcze kilka słów o tych smugach. To nie tak, że one zostają na twarzy i potem nie da się niczego na to nałożyć. Myślę, że to uczucie znane m.in. z niektórych kremów z filtrem. Nie obawiajcie się, in the air i tak się wchłonie, po prostu konsystencja stawia opór i trzeba włożyć więcej siły w rozcieranie (pociągając skórę), a podczas wklepywania wchłania się nieco gorzej niż jego rozgrzany odpowiednik. Nie uważam tej konsystencji za minus, a wręcz za plus, bo nie zwiastuje ciężkiego, emolientowego preparatu, który gładko sunie po skórze, ale pozostawia po sobie może i niewidoczny, ale ciężki woal.

Zapach

Zapachy to mocna strona kosmetyków Lush Botanicals. In the air do tej pory zajmuje u mnie pierwsze miejsce wśród nich wszystkich, bo najmocniej przebija się tutaj różowy lotos, do którego wręcz wzdycham z miłością 😀 . Nie jest to uporczywa woń, po dłuższym stosowaniu nie nudzi się i nie przytłacza. Producent wymienia w jej opisie również mandarynkę, pomarańczę i cytrynę. Jest orzeźwiająco, owocowo, ale też luksusowo i bajecznie, a to za sprawą lotosu właśnie.

Działanie

Wspomniałam już o wchłanianiu i że przy odpowiednio małej ilości da się zrobić tak, że in the air będzie prawie niewyczuwalny na skórze. Chciałabym kontynuować ten wątek. Dla mnie to bardzo komfortowa sytuacja, bo bywały kremy, pod którymi moja skóra się po prostu pociła. Wydawało mi się, że warstewka, którą zostawiają, jest superodżywcza, nawilżająca i fajnie ją mieć, ale po długim czasie przestałam lubić ten efekt, bo wystarczyło na chwilę się zatrzymać i zastanowić, jak czuję się ze swoją skórą. I często czułam, jakby nie miała wystarczającej ilości powietrza. Rzadko spotykam na swojej drodze naturalne kremy, które dają taki komfort przez cały dzień jak lushbotanicalsowy krem ultranawilżający. Stosowałam go zarówno, gdy było bardzo zimno, jak i podczas bardzo wysokich temperatur i ten komfort utrzymywał się przez cały czas. Pisząc komfort, mam na myśli stan, w którym skóra nie woła o nałożenie na nią czegoś dodatkowego, w którym nie jest ściągnięta, a właściwie to mogę zapomnieć o niej na długie godziny, bo bardzo dobrze się w niej czuję i wiem, że niczego jej nie brakuje, a także nie ma niczego za dużo.

Mam cerę tłustą, łatwo ją zanieczyścić, zaskórniki mnie lubią. Nie mam większych problemów z nawilżeniem, zawsze łatwo mi było doprowadzić skórę do porządku, gdy coś się w tej kwestii działo. Krem ultranawilżający in the air zaspokajał wszystkie moje codzienne potrzeby. Bardzo dobrze nawilżał, a przy tym potrafił to nawilżenie samodzielnie utrzymać, przez bogactwo składników typowo emolientowych. Delikatnie wygładzał skórę. Jakiś czas przed rozpoczęciem jego stosowania, zaczęłam używać innego ciekawego, mocno nawilżającego produktu – serum Antioxidant Dew marki Kypris (niedługo zaczynam drugie opakowanie, łiiiiii 🙂 ). Potem włączyłam do pielęgnacji in the air i nie mogłam wyjść z podziwu, jak świetnie ze sobą pracują. Osobno dawały świetne efekty, ale razem? To było TO. Skóra mięciutka, nawilżona po brzegi. To był mój ulubiony duet tego roku (potem niestety nadeszły ciężkie czasy związane z hormonami, ale o tym kiedy indziej). Taki efekt nie był mi potrzebny każdego dnia i układałam sobie pielęgnację w zależności od potrzeb, ale to te dwa preparaty grały pierwsze skrzypce. In the air był świetnym dopełnieniem Antioxidant Dew, a mogłoby się wydawać, że taka bomba odżywcza to już za dużo.

Słyszałam już kilka recenzji kremu ultranawilżającego Lush Botanicals i chyba w każdej z nich wspominano o tym, że może się nie sprawdzić w przypadku cery suchej. Ja tak nie uważam i sądzę, że przemyślana aplikacja i umiejętne łączenie z innymi produktami mogą przynieść suchej skórze wiele korzyści: zabezpieczenie przed utratą wody, zmiękczenie, wygładzenie. Właśnie to jest świetne w in the air: da się nim osiągnąć różne efekty w zależności od potrzeb. Ja czasem też potrzebowałam otulenia i regeneracji, wtedy aplikowałam go więcej.

Czy dawał ULTRAnawilżenie? Dla mnie definicja ultranawilżonej skóry to uczucie, gdy naskórek zdaje się być wypełniony po brzegi, miękki do granic możliwości, napompowany, plumped. In the air nie daje samodzielnie takiego efektu, nazwę go zatem „kremem bardzo dobrze nawilżającym”. 🙂

Przechowywanie i trwałość

Większość kosmetyków Lush Botanicals należy przechowywać w lodówce, ponieważ nie zawierają konserwantów. Podchodzę do tego rygorystycznie i najczęściej robię tak, że otwieram lodówkę, aplikuję krem na zagłębienie dłoni, a następnie zamykam lodówkę. Dopiero potem biorę się za nakładanie. Jeśli chcę przewieźć produkt, bo np. wyjeżdżam na kilka dni, to przekładam sobie odpowiednią ilość do słoiczka, a resztę zostawiam w spokoju. Idea dostarczania jak najświeższych kosmetyków mocno do mnie przemawia, choć generalnie nie boję się konserwantów.

Minimalna trwałość kremu in the air to 10 tygodni (2,5 miesiąca). Ja stosowałam go co najmniej 5 miesięcy. Nie jestem w stanie zużyć 50 ml kremu w tak krótkim czasie, chyba że aplikowałabym go pokaźną warstwą rano i wieczorem, a to nie wchodzi w grę. Po upływie daty ważności nie zakonserowałam kremu, choć to rozważałam. Chciałam się jednak przekonać co do trwałości takich kosmetyków i w tym czasie konsystencja, zapach oraz działanie nie zmieniły się. Chcę jednak jasno podkreślić, że uskuteczniam takie rzeczy na własną odpowiedzialność i że wnikliwie obserwuję, co się dzieje. Tak jak wspomniałam, mój in the air rzadko wychylał się poza lodówkę, a specjalny rodzaj szkła (Miron Violet Glass; więcej o nim tutaj) pomagał w ochronie przed światłem. Jeśli tylko macie jakieś wątpliwości, to po prostu zakonserwujcie krem. Myślę, że nie warto zużywać go w przyspieszonym tempie, a cieszyć się nim dłużej.

Skład

Lush Botanicals słynie z bardzo bogatych składów. Kiedy czytam INCI ich kosmetyków, to czuję, jakbym wyciskała świeży sok z tych wszystkich owoców 🙂 Spójrzmy, co kryje się w kremie in the air:

  • Citrus Aurantium Amara (Neroli) Flower Water (woda z kwiatów gorzkiej pomarańczy)
  • Aqua (woda)
  • Actinidia Chinensis (Kiwi) Seed Oil (olej z pestek kiwi)
  • Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil (olej z pestek winogron)
  • Betaine (betaina, działa nawilżająco)
  • Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate (znane również jako Olivem 1000, emulgator)
  • Glycerin (gliceryna)
  • Isostearyl Isostearate (emolient, polepsza wchłanianie)
  • Royal Jelly (mleczko pszczele)
  • Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok z aloesu)
  • Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil (olej z pestek żurawiny)
  • Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil (olej z pestek malin)
  • Ribes Nigrum (Black Currant) Seed Oil (olej z nasion czarnej porzeczki)
  • Prunus Avium (Cherry) Kernel Oil (olej z pestek czereśni)
  • Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter (masło shea)
  • Citrullus Vulgaris (Watermelon) Seed Oil (olej z pestek arbuza)
  • Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil (olej jojoba)
  • Olea Europaea (Olive) Fruit Oil (oliwa z oliwek)
  • Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil (olej słonecznikowy)
  • Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy)
  • Tocopherol (witamina E)
  • Panthenol (pantenol, znany bardzo dobrze jako substancja łagodząca podrażnienia)
  • Aloe Barbadensis Leaf Extract (ekstrakt z aloesu)
  • Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract (olej z pestek granatu)
  • Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract (ekstrakt z migdałów)
  • Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract (ekstrakt z winogron)
  • Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract (ekstrakt z pestek grejpfruta)
  • Nelumbo Nucifera (Pink Lotus) Flower Oil (absolut z różowego lotosu)
  • Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil (olejek mandarynkowy)
  • Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil (olejek pomarańczowy)
  • Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil (olejek cytrynowy)
  • Limonene (limonen, nadaje cytrynowy zapach)

Na bogato, prawda? Nie opisywałam właściwości każdego oleju i ekstraktu z osobna. Jeśli życzycie sobie dowiedzieć się więcej o tych wszystkich składnikach, to marka Lush Botanicals udostępnia coś w rodzaju słowniczka z opisem każdego z nich – tutaj. Ja odbieram ten krem jako bombę antyoksydacyjną. Weźcie go pod uwagę szczególnie teraz, kiedy smog tak bardzo krzywdzi nasze skóry i przyspiesza starzenie.

Podsumowanie 

Krem ultranawilżający in the air spełnił wszystkie wymagania, jakie przed nim postawiła moja problematyczna cera. Bardzo dobrze ją nawilżał, wygładzał, dostarczał komfortu na cały dzień (dobrze mi było ze swoją cerą, po prostu). Im więcej słów dokładam do tej recenzji, tym mocniej chcę go znowu mieć i tak też będzie – jeszcze się spotkamy, mam nadzieję, że wkrótce. Spokojnie mogę go postawić w gronie najlepszych kremów, jakie miałam. To produkt luksusowy, dostarczany tuż po przygotowaniu. Za ceną stoi bardzo wysoka jakość.

Marka Lush Botanicals umożliwia zakup próbek (które spokojnie powinny wystarczyć Wam na porządne przetestowanie, jeśli tylko nie macie tendencji do nakładania olbrzymich ilości) i do tego zakupu zachęcam. A kto wie, może pokochacie in the air tak samo jak ja? 🙂

Do usłyszenia w kolejnym wpisie!

Ściskam, Ewelina

8 myśli w temacie “Lush Botanicals, Krem ultranawilżający In the air”

  1. Ah kosmetyki z lush:) mogłabym wzdychac ciągle, jednak In the air był dla mnie za lekki w ten okres zimowy i zmieniłam go na sunlight, który jest bardziej trasciwy… Choć zauważyłam też że w zależności od pory roku oraz od stanu skóry oczywiście kosmetyki te inaczej zachowują się na mojej skórze.. Nawet tonik, gdzie w okresie letnim mogłam nakładać go samego bez rzadnych kremów, teraz jednak ogrzewanie i warunki atmosferyczne koniecznie wymuszają dodanie kremu… Co niezmienia faktu że ich kosmetyki uwielbiam.. Jednak zawiodłam się trochę na maselku do ust:(

    Polubienie

    1. A ja lubię to masełko 🙂 Smakuje świetnie, nadaje się i do codziennego noszenia, jak i do nocnej regeneracji. To też fajny produkt do wcierania w skórki przy paznokciach. Ale wiadomo, nie każdemu musi pasować 😉

      Polubienie

      1. Dla mnie jak na maselko jest za lekkie, szybko schodzi z ust mimo że dokładam co raz.. Składowo jest super jednak nie takiego efektu oczekiwałem, ale jak mówisz to wszystko zależy od preferencji danej osoby:)

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s