Hagi, balsamy do ciała

IMG_3402.JPG

Jestem wielbicielką wszelkich smarowideł do ciała i nie daruję żadnej polskiej marce, która wypuszcza jakieś na rynek 🙂 Marka Hagi wprowadziła do swojego asortymentu aż cztery balsamy naraz. Zamówiłam najpierw dwa, ale zachęcona pierwszym wrażeniem dokupiłam również resztę i tak mogę zrealizować swój plan, czy zrecenzować wszystkie razem. Balsamy stosowałam przez cały rok 2018, z przerwami na kilka innych (w tym oczywiście mój ukochany Resibo).

Jestem przyzwyczajona do tego, że produkty tego samego typu w ramach jednej marki różnią się jedynie zapachem (np. żele pod prysznic Yope). Tego samego spodziewałam się również w przypadku balsamów Hagi. Podczas stosowania zauważyłam jednak niewielkie różnice. W rezultacie wrzuciłabym te produkty do dwóch szufladek:

1. Balsam z organiczną wodą pomarańczową i olejem z passiflory/ Balsam z ekstraktem z granatu i imbiru

Te wersje uważam za najlżejsze spośród całej czwórki. Przy odpowiednio małej ilości można uzyskać efekt „dojechałam do łokcia, a przy nadgarstkach już się wchłonęło” 😉 Naturalne balsamy nie kojarzą się z szybkim wchłanianiem, ale Hagi odczarowuje nieco to przekonanie. Podkreślam jednak ponownie – ważna jest ilość, bo nawet superlekki balsam, gdy użyty w dużej ilości, nie zostanie „połknięty” przez skórę. Ja używałam 1 – 1,5 pompki na całą rękę, na inne partie ciała odpowiednio więcej.

To, co napisałam przed momentem, można też odebrać w inny sposób: zwiększenie ilości pomaga otulić skórę mocniej, zatem jeśli potrzeba Wam mocniejszej okluzji, mocniejszego odżywienia i wygładzenia, śmiało dołóżcie nieco więcej któregoś z balsamów. To jedna z cech, która najbardziej mi się w nich podobała: możliwość stopniowania. Ta właściwość czyni oba z nich dobrze dopasowanymi na każdą porę roku. Myślę, że to szczególnie dobra wiadomość dla osób szukających dobrych smarowideł na lato 🙂

Oba balsamy pozostawiają po sobie przyjemny, cieniutki woal, który delikatnie nabłyszcza skórę (tzw. „zdrowy blask”). Skóra po ich użyciu jest delikatnie zmiękczona i wygładzona. Są w stanie zapewnić jej komfort na cały dzień, ale bez szaleństw: efekt dobrego nawilżenia nie utrzymuje się na tyle długo, żeby można było smarować się np. tylko raz dziennie. Tak mam na przykład z balsamem, którego używam obecnie (lotus body marki Fridge). Nie uważam, żeby stosowane w małych, szybko wchłanialnych ilościach, potrafiły samodzielnie udźwignąć potrzeby mojej skóry. Cały czas mam na myśli głównie skórę rąk, która jest w moim przypadku zdecydowanie bardziej wymagająca niż na innych partiach ciała. Najlepiej czułam się, gdy mogłam nałożyć któryś z tych balsamów aż 3 razy dziennie, ale rzadko mogłam sobie na to pozwolić poza weekendem.  Lubię lekkość, ale nie mogę nią żyć bez przerwy, często pomagam sobie albo podwojeniem nałożonej ilości, albo dodaniem nawilżenia (np. Gelu marki Jan Barba), albo o wiele cięższymi produktami, np. sztyftami do ciała (recenzję sztyftów z Ministerstwa Dobrego Mydła znajdziecie tutaj). Hagi również ma w swojej ofercie sztyfty i zamierzam w przyszłości po nie sięgnąć, choć odkładam to już od dawna.

Podsumowując: Wersje z wodą pomarańczową i olejem z passiflory oraz z ekstraktem z granatu i imbiru to lekkie (podkreślam jednak, że lekkie jak na kosmetyki naturalne, które często charakteryzują się oleistą, bardzo okluzyjną formułą), szybko wchłanialne balsamy, które skórom normalnym, mało wymagającym, jedynie okresowo przesuszonym dostarczają potrzebnego nawilżenia i natłuszczenia na cały dzień. Łatwo je wzbogacić, aby zadowolić skóry, które wymagają mocniejszego odżywienia – albo przez dołożenie większej ilości tego samego balsamu, albo przez dodanie humektantu (np. żelu z aloesu), albo wreszcie przez nałożenie kosmetyku o o wiele cięższej formule (oleju, sztyftu, bogatego masła). Zainteresujcie się nimi latem, gdy spływanie i długie wchłanianie jest nieakceptowalne.

Spójrzmy jeszcze na składy oraz konsystencje poszczególnych wersji:

Balsam z organiczną wodą pomarańczową i olejem z passiflory ma bardzo płynną konsystencję, zdecydowanie najlżejszą spośród całej czwórki. Już po lekkim przechyleniu dłoni po prostu płynie. Kolor: mocno rozbielony żółty.

Cena: 56 zł/200 ml (klik)

INCI: Aqua, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Water, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Rosa Damascena (Rose) Flower Water, Glycerin, Glyceryl Stearate Citrate, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Lactobacillus/Bamboo Ferment Filtrate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Prunus Armeniaca (Apricot) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Cetyl Alcohol, Passiflora Edulis (Passion Flower) Seed Oil, Tocopherol (Vitamin E), Pyrus Malus (Apple) Fruit Extract, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Betaine, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Cetearyl Alcohol, Parfum, Euphorbia Cerifa (Candelilla) Wax, Hippophae Rhamnoides (Seabuckthorn) Berry Oil, Xanthan Gum, Limonene, Eugenol, Citral, Benzyl Benzoate, Cinnamal, Geraniol, Isoeugenol, Linalool

img_1389

Balsam z ekstraktem z granatu i imbiru nie był już tak lejący – jak widać, po aplikacji nie odkształcał się, a pozostawał w miejscu. Rozprowadzał się jednak wspaniale, bardziej jak mleczko, niż balsam do ciała. Kolor: słomkowy.

Cena: 56 zł/200 ml (klik)

INCI: Aqua, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Astrocaryum Tucuma (Tucuma) Butter, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glyceryl Stearate Citrate, Cetyl Alcohol, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Macadamia Ternifolia (Macadamia) Seed Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Niacinamide, Rosa Damascena (Rose) Flower Water, Rosa Canina (Rosehip) Seed Oil, Glycerin, Punica Granatum (Pomegranate) Rind Extract, Zingiber Officinale (Ginger) Root Extract, Chondrus Crispus (Carrageenan) Extract, Tocopherol (Vitamin E), Xanthan Gum, Parfum, Sodium Benzoate, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Phenoxyethanol, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Citral, Eugenol, Geraniol, Limonene, Linalool

IMG_1438.JPGIMG_1335.JPG

2. Balsam z masłem mango i olejem chia / Balsam z olejem konopnym i masłem cupuacu

Te wersje były, moim zdaniem, bardziej treściwe i mocniej odżywcze od swoich poprzedników. Dało się to wyczuć już w formule, która od razu dawała znać, że jest mocniej emolientowa – szybciej wyczuwałam tutaj znajomą oleistość. Nie była ona jednak wielkim zagrożeniem dla wchłaniania tych produktów. Byłam bardzo zadowolona z tego, jak sobie z tym radziły. Woal, jaki pozostawiały, był lepiej wyczuwalny, a skóra przez to jeszcze gładsza i miększa. Nie wyobrażajcie sobie jednak klejącej warstwy, po zakończeniu balsamowania można się spokojnie ubierać (ponownie: gdy nie nałoży się ogromnych ilości 🙂 ). Mogę powiedzieć, że w przypadku tych balsamów jedna warstwa nałożona na skórę odpowiadała 1,5 – 2 warstwom poprzednich balsamów. Mocniej odżywiały i chroniły naskórek. Skóra raczej nie zyskiwała na bezpośrednim nawilżeniu, ale na pośrednim już tak – mocniej okluzyjne formuły lepiej zatrzymują wodę. Gdy dołożyłam któregoś z nich, miałam wrażenie wspaniale elastycznej, jędrnej skóry.

Spójrzmy ponownie na konsystencje oraz składy:

Balsam z masłem mango i olejem chia okazał się lejący, ale lejący powoli. Bogata formuła, wyczuwalna oleistość pozwalały na stopniowe rozlewanie. Kolor: brudna biel.

Cena: 56 zł/200 ml (klik)

INCI: Aqua, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter, Glycerin, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate Citrate, Macadamia Ternifolia (Macadamia) Seed Oil, Oryza Sativa (Rice) Bran Oil, Cetyl Alcohol, Aloe Barbadensis (Aloe) Leaf Juice, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Salvia Hispanica (Chia) Seed Oil, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Tocopherol (Vitamin E), Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil, Parfum, Xanthan Gum, Citral, Geraniol, Limonene, Linalool

IMG_1435.JPG

Balsam z olejem konopnym i masłem cupuacu, podobnie do wersji granat/imbir, nie rozlewał się na dłoni po aplikacji. Był zwarty i gdy nałożyłam na dłoń odpowiednio małą ilość, to mogłam ją nawet obrócić w dół, bez obawy, że balsam wyląduje na podłodze. Kolor: mocno rozbielony beż.

Cena: 56 zł/200 ml (klik)

INCI: Aqua, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Theobroma Grandiflorum (Cupuacu) Butter, Caprylic/Capric Triglyceride, Oeonthera Biennis (Evening Primrose) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glyceryl Stearate Citrate, Glycerin, Cetyl Alcohol, Borago Officinalis (Borage) Seed Oil, Panthenol, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Camellia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Tocopherol (Vitamin E), Cetearyl Alcohol, Parfum, Xanthan Gum

IMG_1432.JPG

Dokonałam tutaj wyraźnego podziału, dlatego muszę dodać małe sprostowanie: różnice pomiędzy poszczególnymi wersjami nie są drastyczne. Największy przeskok widziałam pomiędzy tą z wodą pomarańczową a tą z olejem konopnymi i pod względem „mocy” odżywczej ostatecznie ustawiłabym je w następującej kolejności:

pomarańcza/passiflora < granat/imbir < mango/chia < konopie/cupuacu

Porównanie zapachów

Zapachy balsamów Hagi są dość intensywne, ale nie męczą i nie powodują bólu głowy, bo z czasem wyczuwa się je tylko po przystawieniu nosa bardzo blisko skóry. Tutaj również podzieliłabym je na dwie kategorie: odpowiednie na dzień i „nienoszalne” w ciągu dnia. Oczywiście, to moje osobiste preferencje, bo w kwestii zapachów co osoba, to inna opinia 🙂 Co mam na myśli, pisząc „odpowiednie na dzień”? Dbam zawsze o to, jak pachnę idąc do pracy/gdziekolwiek. Zapachy tych balsamów po założeniu ubrań natychmiast się na nie przenoszą, co dodatkowo je utrwala (ale ponownie: bez przesady, nie są wyczuwalne 5 minut przed wejściem do pokoju 🙂 ). Z reguły albo nie chcę pachnieć w ogóle, albo chcę pachnieć pięknie, inne opcje mnie nie satysfakcjonują. Od tego zależy częściowo moje samopoczucie i z całą pewnością również komfort pracy innych (nie ma niczego gorszego, niż nieprzyjemny w odbiorze zapach osoby, obok której musisz spędzić pół dnia, czy nawet pół godziny). Dlatego dwóch wersji balsamu Hagi używałam wyłącznie wieczorem:

  • konopie/cupuacu – silnie ziołowy zapach, przełamany jakby mleczną nutą. Nie korzystałam nigdy z czystego oleju z konopi, ale podejrzewam, że to on gra tutaj pierwsze skrzypce. Na początku uważałam wręcz, że jest brzydki i duszący, ale (jak zawsze ;)) z czasem przywykłam i zaczął mi się nawet podobać, jednak balsam nie „awansował” do porannego smarowanka.
  • granat/imbir – ten balsam pachniał słomą.

Za to dwie pozostałe wersje były dla mnie o wiele przyjemniejsze w odbiorze:

  • pomarańcza/passiflora – najmocniej wyczuwałam tutaj pomarańczę, jednak nie była ona kwaśna, soczysta i orzeźwiająca, a łagodna, ponownie przełamana czymś „mlecznym”. Ostatecznie uzyskano umiarkowanie słodki, owocowy zapach.
  • mango/chia – z jakiegoś powodu wyczuwam tutaj mieszankę imbiru i mango (teoretycznie to wersja granat/imbir powinna być imbirowa). Zapach świetnie pasuje do chłodnych dni, kojarzy mi się z okresem świątecznym, ciepłem, przyprawami.

IMG_3431

Czy wrócę do tych produktów? Z przyjemnością! Podejrzewam, że chęć odkrywania nowości sprawi, że nie stanie się to zbyt szybko, ale zdecydowanie mogę je wpisać na listę balsamów, z których byłam bardzo zadowolona. Moim faworytem jest wersja z masłem mango i olejem chia. Zarówno zapach, jak i działanie podobały mi się w niej najbardziej. A Wy na który balsam z tej czwórki skusilibyście się najchętniej? 🙂

Ściskam, Ewelina

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s