Fridge by yDe, lotus body

IMG_3434.JPG

Zapewne nie umknęło Waszej uwadze, że często kuszę się na produkty do pielęgnacji z wysokiej półki cenowej. Do tej pory były to jednak kosmetyki do twarzy i rzadko przechodziło mi przez myśl kupno kosmetyku do ciała z tej kategorii. Żyłabym więc dalej w błogiej nieświadomości, ale dobrze jednak tak sobie blogować, bo moja druga połówka podczytuje 🙂 A gdy ma ochotę zrobić mi prezent, to często inspiruje się tym, co tutaj piszę i tak wpadł na pomysł podarowania mi balsamu lotus body od Fridge (a później lotosowych perfum, ale o tym kiedy indziej). Moje serce zabiło mocniej, bo wiedziałam, że właśnie dostałam kosmetyk o najpiękniejszym zapachu na świecie, a do tego całkowicie naturalny.

Cena: 170 zł/95 g (klik), 230 zł/190 g (klik)

Zapach

Myślę, że warto rozpocząć właśnie od zapachu. Połączono tutaj dwa absoluty: z różowego oraz niebieskiego lotosu. Lotos ma, według mnie, wręcz uzależniającą woń, a jest stosowany rzadko – na placach jednej ręki mogę policzyć kosmetyki, które nim pachną (oczywiście nie znam wszystkiego). Zapach jest bardzo wyjątkowy, tajemniczy, zmysłowy, tak kobiecy, że bardziej się nie da. Kwiatowy, świeży. Przy pierwszym poznaniu moje myśli na chwilę były w innym świecie i zapomniałam o tym, co dookoła, bo on mnie wciągał i kusił, żebym nie przestawała kierować nozdrzy w jego stronę i go poznawać. Coś pięknego. Jestem ciekawa, ile osób podzieliłoby moje zdanie o jego bajkowości, wszak każdy ma odmienne gusta. Ja za nim szaleję.

Sprawdzałam już możliwość kupna tych absolutów i jeśli Was to interesuje, to znalazłam je w sklepie Mazidła: różowy tutaj, a niebieski tutaj. Cena za 5 g to ponad 80 zł (różowy)/90 zł (niebieski). Myślę, że skuszę się na nie w przyszłości, gdy będę robić jakieś domowe kosmetyki. Póki co, kupiłam hydrolat z różowego lotosu: tutaj. Mam zamiar wykorzystać go jako bazę do przygotowania płynu do demakijażu.

IMG_3437.JPG

Uchyliłam już rąbka tajemnicy, pisząc na Instagramie, że to najlepszy balsam, jaki miałam kiedykolwiek. Zwykle ważę słowa, nie okrzykuję kosmetyków hitami zbyt szybko, a żeby powiedzieć, że coś jest najlepsze, muszę mieć bardzo solidne podstawy i obserwować produkt w różnych warunkach i przez długi czas. Dlatego podkreślam, że to nie słowa wypowiedziane pod wpływem nagłych emocji, mojej fascynacji zapachem czy wreszcie faktu, że wcześniej znalazłam u marki Fridge już dwa produkty na szóstkę (mowa o żelu do mycia twarzy 3.3 good morning face! i wodzie perfumowanej tea without sugar). Chcę też wyraźnie podkreślić, że mimo wszystko nie padłam na kolana i ten balsam nie śni mi się po nocach 🙂 I że nie tworzy przepaści pomiędzy sobą, a innymi balsamami do ciała, które poznałam do tej pory, po prostu wypadkowa jego cech pozwoliła mi stwierdzić, że czułam się z nim wyjątkowo komfortowo i że zaspokoił moje potrzeby lepiej, niż inne tego typu produkty.

Za co go tak polubiłam?

Formuła, wchłanianie

Balsam jest bardzo gęsty, ale łatwo się z nim pracuje, bowiem rozprowadza się na skórze bez żadnego oporu. Pozwala na przesuwanie go bez większego tarcia i nie bez powodu umieszczono go w butelce z pompką, a nie w słoiczku – nie jest na tyle zwarty, żeby przez nią nie przejść. Nie miałam żadnych problemów z wydobyciem precyzyjnej ilości i to mi bardzo odpowiadało. Preferuję tę formę aplikacji nad nabieraniem kosmetyku ze słoiczka. To właśnie formuła była jego najmocniejszą stroną – aksamitna struktura współpracowała doskonale z opuszkami palców i wreszcie całymi dłońmi. Dawała o sobie znać, że jest bogata w emolienty (balsam delikatnie błyszczał), a jednak próżno szukać w niej tłustości i nieprzyjemnego woalu. Są takie produkty, które owszem, rozprowadzają się i wchłaniają szybko, ale po kilku sekundach wcierania balsam znika w skórze i na samej jej powierzchni pozostawia uczucie „suchości” – zwiększa się tarcie i ciężko przesuwać palcami bez mocnego pociągania skóry. Wtedy zawsze czuję, że czegoś zabrakło. Lotus body wchłaniał się superszybko. Nie mam pojęcia, co ma na myśli Producent, pisząc, żeby nie ubierać się od razu po aplikacji i dać balsamowi kilka minut na wchłonięcie. Ja nigdy nie ubieram się natychmiast po posmarowaniu ciała balsamem, ale nigdy też nadmiernie nie zwlekam i w przypadku tego produktu komfortowe wchłonięcie było kwestią kilkunastu sekund. Pozostawiał na skórze aksamitne wykończenie: wygładzającą, bardzo cienką warstwę, która nie lepiła się w żaden sposób do ubrań.

IMG_3448.JPG

Skład

Water (Aqua), Rosa Damascena Flower Water, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Sorbitan Olivate, Cetearyl Olivate, Rosa Canina Fruit Oil, Glycerin, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Cera alba , Xanthan gum, Pink Lotus Absolute, Blue Lotus Absolute, Citronellol, Linalool

Przyznam, że skład balsamu w ogóle mi nie zaimponował. Po wodzie, można tu znaleźć wodę z róży damasceńskiej, olej słonecznikowy, olej różany, glicerynę, ekstrakt z nasion grejpfruta, wspomniane zapachy i środki emulgujące. Nie ma wymyślnych ekstraktów, rzadkich olejów czy łez perskiego kota zebranych na stepie o wschodzie słońca. 😉 Dlatego przyznam, że przecierałam oczy ze zdziwienia, bo opracowano z tych składników formułę bardzo wysokiej jakości, różną od tego, do czego przyzwyczaili mnie inni producenci kosmetyków. Im więcej produktów za mną, tym bardziej doceniam i poszukuję odmienności, nieznanych składników, a okazuje się, że dobrze dobranych kilka prostych robi tak dobrą robotę. To potwierdza tezę, która zaświtała w mojej głowie kilka miesięcy temu: że nie tylko użyte składniki, ale także sposób ich użycia, to znaczy formuła, która powstała, grają dużą rolę w finalnym efekcie, w tym, jak skóra odbierze kosmetyk. Będę zgłębiać ten temat. 🙂

Działanie

Wyjątkowo rzadko zdarza mi się, aby kosmetyk do ciała nawilżał je tak dobrze, żebym mogła go stosować tylko raz dziennie. Z reguły smaruję tylko całe ręce – tam mam wymagającą skórę, która wymaga ciągłej opieki (rogowacenie okołomieszkowe). W przypadku dolnej części ciała nie mam takich problemów i wystarczy, że wcieram balsam tylko od czasu do czasu. Dlatego zawsze oceniam kosmetyki pod kątem tego, jak poradziły sobie na rękach. Bez regularnego złuszczania nawilżania moja skóra w tym obszarze nie jest gładka, czuję, że jest nienasycona, że wymaga nawilżenia, a czasem cięższej okluzji. Z reguły nie przekłada się to na ogólne uczucie dyskomfortu, ale wyczuwam to przy dotyku.

Balsam Fridge pozwolił mi nawilżać skórę tylko raz dziennie. Nie zauważyłam tego oczywiście od razu, a po pewnym czasie, gdy wracałam wieczorem do domu, rozbierałam się, a skóra miała się świetnie. Uwielbiałam go za to. Komfort, nawilżenie, wygładzenie – gdybym miała opisać go w trzech słowach, wybrałabym właśnie te. To dość lakoniczny opis działania, pokuszę się więc o trochę więcej słów na jego temat. Gdy po całym dniu przejeżdżałam ręką po skórze, czułam, że wciąż jest aksamitna, że wciąż jest wygładzona, że mimo iż kosmetyk zniknął już z jej powierzchni, to działanie nie zniknęło. Czułam mocne odżywienie, bez lepkości, bez obciążenia skóry, bez duszenia jej pod pozornie nawilżającą warstwą. Nie musiałam dokładać okluzji i w drugą stronę: nie musiałam dokładać nawilżenia. Skóra miała miękkość, którą lubię i czułam się w niej niesamowicie komfortowo, przede wszystkim w ciągu dnia, nie tylko we wspomniane wieczory.

Przechowywanie i wydajność

Dobrze się składa, że mogłam używać lotus body tylko raz dziennie, bo szkoda by mi było go używać wieczorami, „do poduszki”. Chodzi oczywiście o zapach, który podbijał moje poczucie kobiecości i chciałam mieć go na sobie rano, aby dobrze zacząć dzień i ruszyć w świat, pachnąc pięknie.

To przełożyło się oczywiście na fakt, że mógł mi służyć dłużej. Data przydatności do użycia to 2,5 miesiąca od daty produkcji. Ja nieznacznie przekroczyłam ten czas, ale to było naprawdę niewiele i myślę, że nie ma o czym mówić. Tak krótka data ważności to oczywiście skutek braku konserwantów. Fridge to z angielskiego lodówka, więc już sama nazwa marki sugeruje, o co tutaj chodzi. 🙂

Kosmetyki Fridge należy zawsze przechowywać w lodówce. Oczywiście wytrzymają tyle, ile wynosi czas dostawy, ale powiem w ramach ciekawostki, że wysyłki nie są realizowane w piątki, bo wtedy paczka musiałaby leżeć w weekend w magazynie, samochodzie, gdziekolwiek w nieznanych warunkach (a więc niekoniecznie w wymaganej temperaturze). Data ważności jest zawsze napisana na nalepce na opakowaniu, gdzie podpisuje się także laborant:

IMG_3452

Mam w pewnym sensie sentyment do Fridge, bo to jedna z pierwszych marek, jakie poznałam gdy zaczęłam interesować się pielęgnacją i zawsze do niej wzdychałam, bo świeże kosmetyki wydawały mi się czymś wspaniałym. To pierwsza w Polsce marka, która wpadła na taki pomysł i zastanawiam się, czy może nie na świecie? Jakoś rzadko natykam się na inne marki z takim podejściem, mogę je policzyć na palcach jednej ręki.

Problemy z wydobyciem pod koniec stosowania

Na koniec kilka słów o wydobywaniu produktu, gdy już się kończy. Gdy stosuję balsamy w plastikowym opakowaniu, po prostu je przecinam, nawet te z pompką. A może łatwiej będzie powiedzieć, że przecinam absolutnie każde plastikowe opakowanie, bo wszystkie kosmetyki chcę wycisnąć do ostatniej kropli. Wiadomo, ze szklanym jest o wiele gorzej 🙂 Mimo to, uważam je za lepsze niż plastikowe, pod każdym względem, za wyjątkiem możliwości wydobycia kosmetyku do końca.

Ogólna zasada dla szklanych butelek jest następująca: gdy masz problemy ze swobodną aplikacją, uderzaj energicznie otwartą dłonią w spód butelki. Wtedy kosmetyk opadnie na dno i znów będzie można go normalnie wydostawać. Z tego, co pamiętam, balsam Fridge zaczął mi sprawiać problemy po zużyciu około 70%. Uderzanie pomagało mi bardzo długo (na szczęście spływał sprawnie ze ścianek, a nie się do nich przylepiał). W końcu zostało mi około 1,5 cm balsamu i wtedy również uderzałam dłonią w opakowanie, ale już w konkretnym miejscu, aby produkt kumulował się po tej samej stronie, co pompka. Gdy ta metoda przestała być skuteczna, odkręciłam pompkę i jeżdżąc nią po produkcie, nabierałam go jak najwięcej, a następnie wyjmowałam aplikator z butelki i aplikowałam tę ilość na skórę. Ostatecznym krokiem było ogrzanie konsystencji. Wyciągnęłam balsam z lodówki i pozwoliłam mu stać w temperaturze pokojowej, wtedy też delikatnie spłynął i mogłam powtórzyć akcję z pompką. Niestety, nie da się wydobyć kosmetyku z takiego opakowania co do joty, więc ilość, jaka pozostała (baaardzo niewielka, może 3 mm) wylądowała na moich… włosach 🙂 Wlałam wodę do butelki z kosmetykiem, wstrząsnęłam porządnie i użyłam do płukania. Niech włosy też zaznają trochę luksusu 😀 W ten sposób nic się nie zmarnowało.

WAŻNE! Opakowanie po balsamie można przekazać z powrotem marce Fridge – w zamian zostanie się nagrodzonym 4 kwiatkami, a po uzbieraniu odpowiedniej ich liczby, można wybrać jeden z kosmetyków. Więcej informacji znajdziecie tutaj. A moja lista marek, które wspierają ideę less waste i którym można przekazywać puste opakowania jest dostępna tutaj.

Podsumowanie

Staram się mówić w recenzjach, czy wróciłabym do danego produktu i tutaj werdykt jest oczywiście pozytywny. Kupię drugie opakowanie. Jest to jednak porządne nadszarpnięcie portfela, więc zostawię sobie tę przyjemność na wyjątkową okazję. Myślę, że kupię go w ramach nagrody dla samej siebie, co robię od czasu do czasu, np. za obronę pracy magisterskiej czy kiedy uznam, że bardzo dobrze idzie mi w pracy albo miałam intensywny czas i należy mi się jakaś rozpusta. 😉

Do usłyszenia w kolejnym wpisie!

Ściskam, Ewelina

1 myśl w temacie “Fridge by yDe, lotus body”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s