Tata Harper, Purifying Cleanser

Aura niewymuszonego luksusu roztaczana przez Tatę Harper już od dawna sukcesywnie umacniała mnie w postanowieniu, żeby sięgnąć po choć jeden z jej kosmetyków. Zielone, szklane opakowania, złote wykończenia, „czysty”, elegancki design, obraz beztroski i spokoju, najświeższe składniki z własnej farmy – gdy sięgam po którykolwiek z wyrobów tej marki, czuję, jakbym w niedzielnym słońcu otwierała furtkę tejże farmy. Idylla. Czy ta cała otoczka ma wiele wspólnego z jakością i skutecznością dostarczanych kosmetyków? Tego próbuję się od jakiegoś czasu dowiedzieć. Zaczęłam od produktu, który służy do oczyszczania. Przedstawiam Purifying Cleanser.

Cena: £61.00/125 ml (klik)

Formuła i aplikacja

Formuła tego kosmetyku mnie rozpieściła. Z pompki leniwie wysuwa się gęsty, wyraźnie emolientowy, kremowy preparat. Po pierwszym spotkaniu wiedziałam, za co zapłaciłam – za produkt, w którym niczego nie pozostawiono przypadkowi. Taka konsystencja musi być efektem żmudnej pracy, dbałości o szczegóły. To ona sprawia, że luksus tego kosmetyku nie wynika wyłącznie z jego ceny, opakowania czy formy pozyskania składników, ale z wrażeń użytkownika, który czuje, że ma do czynienia z wyjątkową, przemyślaną formułą. Który nie może doczekać się zetknięcia preparatu ze skórą twarzy.

Stosowałam z reguły 1,5 pompki na całą twarz. Gęsty krem pozwala rozprowadzić się na skórze względnie łatwo – początkowo zdaje się, że stawia lekki opór i należałoby go nałożyć więcej, aby móc komfortowo masować twarz, to jednak złudne wrażenie. Formuła rozluźnia się pod wpływem ciepła dłoni (oraz w wyniku pocierania) i następuje pewien charakterystyczny punkt w czasie, gdy wszystko „pęka” i z gęstej, kremowej konsystencji produkt przeobraża się w byt przypominający do złudzenia olejek myjący. Mówię o charakterystycznym punkcie, bo zmiana poślizgu jest wyraźnie odczuwalna i następuje nagle.

Mycie i zmywanie

Sam akt mycia jest bardzo przyjemny; moje dłonie aż chciały kontaktu z tym aksamitnym produktem. Masowałam twarz przez kilka minut, po czym zostawiałam go na twarzy na kilka kolejnych (nie robiłam tego zawsze, ale najczęściej tak, chociaż na minutkę) – preparat zawiera enzymy, które złuszczają naskórek, jednak nie jest to efekt porównywalny w kontekście mocy złuszczania do standardowego peelingu enzymatycznego.

Wspomniałam, że Purifying Cleanser zachowuje się jak olejek myjący (gel-to-oil). Dodam, że jak olejek myjący z emulgatorem. Da się go spokojnie zmyć samą wodą. W którejś z instrukcji używania tego produktu przeczytałam, żeby aplikować go na wilgotną twarz, ja jednak wolę, gdy moja cera jest całkowicie sucha – widzę wówczas lepsze efekty, a poza tym połączenie z wodą rozluźnia tę przyjemną konsystencję i w moim przypadku również skraca czas stosowania, bo produkt delikatnie się wtedy maże i już nie masuję skóry z takim namaszczeniem i wolę zakończyć oczyszczanie wcześniej.

Działanie

Po przemyciu twarzy wodą, Purifying Cleanser pozostawia po sobie dwie rzeczy:

  • delikatny, ultracienki woal, który nie jest nieprzyjemny i zupełnie nie odczuwałam potrzeby usunięcia go jakkolwiek. Był dla mnie znakiem, że preparat nie pogłębił odwodnienia, nie pozwolił, aby skóra ściągnęła się. Po takim myciu najczęściej mogłam pozostawić skórę samopas przed aplikacją kolejnego kosmetyku, a ona nie krzyczała, że chce, żebym ją natychmiast czymś posmarowała. Pod koniec opakowania w mojej pielęgnacji pojawiły się retinoidy, które czasem powodowały krańcowe odwodnienie naskórka i wtedy każde mycie pogłębiało ten stan – tutaj nie ma również wyjątku w postaci Purifying Cleansera, jednak był to jeden z najdelikatniejszych środków, jakich mogłam wtedy użyć.
  • uczucie świeżości. Produkt ma delikatnie chłodzące właściwości, ale nie jest to niekomfortowe zimno, które mogłoby przeszkadzać np. jesienią czy zimą. Mnie się kojarzy z wyjściem z dusznego pomieszczenia i zaczerpnięciem oddechu całą piersią.

O Purifying Cleanser mówi się głównie w kontekście cery potrzebującej mocnego oczyszczenia, tłustej, problematycznej. Można by pomyśleć (i wiele marek do tego przyzwyczaja), że mocno oczyszczający kosmetyk ściąga ze skóry wszystko, że ta aż piszczy. Jednak nie u Taty Harper. Tutaj moja tłusta skóra dostała kremowy żel, z którym czuła się komfortowo i który potrafił umyć ją dokładnie bez agresji. Stosowałam go raczej do porannego mycia, ze względu na to, że olejki myjące, które wówczas miałam, nie posiadały emulgatora. A gdy olejek/balsam nie posiada emulgatora, to nie zmywam go przed drugim krokiem oczyszczania, tylko nakładam preparat myjący bezpośrednio na niego. Purifying Cleanser nie potrafiłby dobrze zemuglować takiego oleju i po zmyciu zostałabym z mocno okluzyjną warstwą, którą musiałbym zmyć w trzecim kroku oczyszczania, a trzy kroki to już o dużo za dużo i wymęczyłabym mocno skórę.

Skład

Skład Purifying Cleansera jest po prostu przepiękny. Łagodne detergenty, enzymy, ekstrakty, a jednak mnie najbardziej cieszy obecność glinek. Zapach dobrano tak, że jest świeży i równie cudowny. Dobrze zaczynać z nim poranek.

INCI: Caprylic/Capric Triglyceride, Helianthus annuus (Sunflower) Seed Oil, Capric/Caprylic/Triglycerides, Water, Glycerine, Propanediol, Glyceryl undecylenate, Aroma, Sucrose Stearate, Decyl Glucoside, Oryza sativa (Rice) Extract, Glyceryl Caprylate, Lactobacillus/Punica granatum Fruit Ferment Extract, Papain, Curcuma Zedoaria Root Oil, Magnesium Aluminum Silicate, Sucrose Palmitate, Zingiber Officinale Root Oil, Salix alba (Willow) Bark Extract, Eugenia Caryophyllus Flower Oil, Sucrose Laurate, Abies PectinateLeaf Oil, Foeniculum Vulgare Oil, Aloe Barbadensis Leaf Extracts, Kaolin, Bioflavanoids, Leuconostoc ferment filtrate, Montmorillonite, Mica, Brassica Oleracea Italica (Broccoli) Extract, Superoxide Dismutase, Soybean Peroxidase, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Linalool, Limonene

Podsumowanie

Czy do niego wrócę? Bardzo bym tego chciała. Ale „chciałabym” odnosi się u mnie do kilku innych produktów, np. pozostałych cleanserów Tata Harper, żelu Resibo czy wreszcie olejku do demakijażu Lush Botanicals 🙂 Nie będę więc obiecywać, ale powiem, że to produkt godny uwagi i jeśli kupię go ponownie, to wiem, że nie pożałuję ani złotówki. Widziałam go w wersji 400 ml, jednak była to edycja limitowana. Gdybym miała do niego wrócić, to szukałabym właśnie tej dużej pojemności.

Do usłyszenia w kolejnych recenzjach! E.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s