John Masters Organics, Odżywki do włosów Citrus&Neroli i Lavender&Avocado

Są takie marki, których kosmetyki mam zapisane na chciej-liście wręcz od kilku lat. I ciągle nam nie po drodze. Przykłady to Fridge (kremy), Alchemia Lasu i Trawiaste. W tym roku postanowiłam przestać wypatrywać oczy przez tak długi czas, zrobić z tym porządek i kupić produkty większości z nich. Listę mam już w głowie 🙂 Podobnie było z John Masters Organics – amerykańską marką, która zawsze kojarzyła mi się z pielęgnacją włosów. Dziś możecie ułożyć u nich właściwie kompleksową pielęgnację nie tylko włosów, ale również twarzy i ciała. To kosmetyki z górnej półki cenowej, a takim ochoczo poświęcam rozbudowane recenzje, bo tutaj zły wybór boli bardziej.

Chciałabym wypróbować wiele spośród produktów John Masters Organics, a dotychczas udało mi się tylko z dwoma i to je przedstawię w dzisiejszym wpisie – przed Wami odżywki do włosów!

Otrzymałam tutaj małe wsparcie od drogerii Eco And Well – zapytano mnie, czy nie miałabym ochoty zrecenzować ktorychś produktów z ich asortymentu, a że to sklep, który lubię, obserwuję i znam od dawna, chętnie się zgodziłam. Wybrałam odżywkę do włosów i piankę do mycia twarzy (drugą odżywkę i drugą piankę kupiłam sama). O piankach usłyszycie niebawem, mam bowiem zamiar przygotować recenzję porównawczą pianek myjących Iossi i Alkemie (muszę tylko jeszcze dokończyć tę z Iossi). 🙂 Wpisy w tej formie są moim pomysłem i oczywiście, nikt nawet nie próbował ingerować w moją opinię. Dziękuję za to i dziękuję za produkty 🙂 Przejdźmy do nich.

Jako pierwszej używałam odżywki do włosów normalnych Cytrusy i Gorzka Pomarańcza (Citrus & Neroli).

Cena: 100 zł/236 ml (klik)

Prawdę mówiąc, nie wiem jak zdefiniować włosy „normalne”. Zakładam, że to takie niesprawiające większych problemów, które dobrze się układają i niewiele im do szczęścia potrzeba. Nie wiem, czy mogłabym tymi słowami opisać moje. Po części na pewno tak, ale uważam, że w przypadku włosów zmiennych jest tak wiele, że ich kondycja może zmieniać się stosunkowo często (pogoda, zastosowany kosmetyk i jego ilość, częstotliwość mycia, moc środków myjących i tak dalej, i tak dalej). Dlatego rzadko ograniczam się do jednego szamponu, jednej maski i jednej odżywki/oleju. Mam więcej kosmetyków, aby reagować w zależności od potrzeb. Najbardziej lubię operować pojęciem porowatości włosów. Moje są średnioporowate, a im bliżej głowy, tym bliżej im do niskoporowatych. Są gęste, zdyscyplinowane, najczęściej z ładnym połyskiem, proste i gładkie. Bardzo szybko odkształcają się po próbach użycia lokówki.

W przypadku odżywek preferuję wyczuwalnie emolientowe formuły. Nie ma to jak gęsta, treściwa, otulająca odżywka (i nie ma to jak olejowanie!). Po takim mocno odżywczym „kopniaku” potrafią być wręcz lśniące i miękkie do granic możliwości (najczęściej tak się dzieje po czystym oleju kokosowym).

Ta odżywka nie pasuje do opisu „wyczuwalnie emolientowej”. Nie jest rzadka, ale formułę ma dosyć luźną. Bardzo łatwo rozprowadzić ją na włosach, jednak nie daje pod palcami efektu natychmiastowego wygładzenia – w przypadku niektórych produktów już po pierwszym zetknięciu z włosami i przy spłukiwaniu czuć otulającą warstewkę. Ma to swoje plusy i minusy. Często to tylko pozory i „zła gładkość”, to znaczy obciążająca, oblepiająca włosy. Coś jak niedokładnie zmyty olej, brrr. W przypadku odżywki Citrus & Neroli tego nie ma – zupełnie nie obciążała moich włosów, chyba że podczas jednego z moich nieudanych eksperymentów, o którym teraz kilka słów.

Najczęściej staram się nie wypłukiwać odżywek w stu procentach, bo to produkty, które nakłada się dosłownie na chwilę, a ja chcę, żeby miały szansę lepiej zadziałać. Jakiś czas temu kupiłam odżywkę, która najlepiej działała nie tylko będąc niedokładnie wypłukaną, ale wręcz stosowana bez spłukiwania! Mowa o odżywce marki Zielone Laboratorium, o której pisałam tutaj. Oczywiście to samo postanowiłam zrobić z odżywką John Masters Organics i niestety, poległam. Włosy po wyschnięciu były sztywne, oblepione i miałam ochotę jak najszybciej je umyć. Co mam na myśli, pisząc „stosowana bez spłukiwania”? To znaczy wmasowana tuż po umyciu włosów i tak pozostawiona. Nie próbowałam nakładania jej na sucho.

Jak opisałabym jej działanie i swoje ogólne wrażenia? To lekka odżywka na dni, kiedy sam szampon może trochę wysuszyć i potrzeba mu jakiegoś kompana. Z reguły aplikuję tego typu produkty hojnie, tak było i tym razem. Ale nawet spora ilość nie była w stanie obciążyć moich włosów (pod warunkiem, że została częściowo spłukana). Najchętniej zapakowałabym tę odżywkę w litrową butlę, bo to produkt do częstego stosowania. Mimo mojej miłości do mocno wygładzających, bogatych formuł, najlepsze efekty uzyskuję, gdy nie używam ich po każdym myciu. Citrus&Neroli to właśnie taki kosmetyk „pomiędzy”, który zapobiega przesuszeniu włosów, lekko je wygładza i odżywia, ale stosowany samodzielnie przez dłuższy czas nie zaspokoi wszystkich moich potrzeb.

Jak z zapachem odżywki? Nie bójcie się tutaj ostrych, orzeźwiających cytrusów. Wybrzmiewają raczej gdzieś w tle, a pierwsze skrzypce gra dość neutralna, kremowa nuta. Nic męczącego. Dla mnie taki zapach to ulga, bo oczywiście cenię sobie przyjemne aromaty, ale coraz częściej skłaniam się ku produktom, które pachną delikatnie lub niemal niewyczuwalnie.

Skład: Aloe Barbadensis (Aloe Vera) Leaf Juice, Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Behentrimonium Methosulfate, Stearalkonium Chloride, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Benzoate, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Coconut Alkanes, Coco-Caprylate/Caprate, Sorbitol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Citric Acid, Potassium Sorbate, Citrus Paradisi (White Grapefruit) Peel Oil, Hydrolyzed Rice Protein, Borago Officinalis (Borage) Seed Oil, Panthenol (Vitamin B5), Tocopherol (Vitamin E), Hippophae Rhamnoides Fruit Oil, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil, Arnica Montana (Arnica Flower) Extract, Wheat Amino Acids, Equisetum Arvense (Horsetail) Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Neroli) Flower Oil, Cymbopogon Schoenanthus (Lemongrass) Oil, Citrus Limon (Lemon Argentina) Peel Oil, Glycerin, Camellia Sinensis (White Tea) Leaf Extract, Canarium Luzonicum Gum Nonvolatiles, Chamomilla Recutita (Chamomile) Flower Extract* , Limonene†, Citral†, Linalool†

*Organic ingredient †A natural component of essential oils

Wersja z lawendą i awokado wskoczyła do mojej pielęgnacji jako druga. Od pewnego czasu jestem zakochana w zapachu lawendy i cieszę się, bo dość mocno ją tutaj wyczuwałam.

Cena: 135 zł/236 ml

Nie podałam powyżej odnośnika do tego produktu, bo nie mogę go już nigdzie znaleźć w tej samej wersji. Pod tą samą nazwą mamy teraz zupełnie inny skład i zmienione opakowanie (klik). Muszę przyznać, że moje było o wiele bardziej poręczne. Uwielbiam tuby, w przypadku odżywek i szamponów są nieocenione. Co mnie jednak dość mocno zaskoczyło, to skład tego kosmetyku, zawierał bowiem silikony, a próżno nazywać taki kosmetyk naturalnym. Jeśli jednak śledzicie mnie uważnie, wiecie, że nie eliminuję silikonów całkowicie. Na pewno nie kupiłabym szamponu, który ma je w składzie, ale regularnie stosuję silikonowe serum na końcówki (choć mam też naturalne alternatywy, o których pisałam tutaj: klik), a w przypadku odżywek/masek dopuszczam je od czasu do czasu, szczególnie w sezonie zimowym i podczas upałów. Nie uciekłam więc z krzykiem 🙂

Oto skład mojego egzemplarza:

Hasła w stylu „regenerująca”, „intensywna”, „do włosów suchych/zniszczonych” mocno przyciągają moją uwagę, jeśli szukam odżywek czy masek do włosów, więc oczywiście z marszu zainteresowałam się tą. Pomyślałam, że przez dodatek silikonów będzie też mocno wygładzać włosy, jednak gładkość nie była spektakularna. Formuła również nie przypominała tego, do czego przyzwyczaiły mnie intensywne odżywki. Była bardziej treściwa niż wersji Citrus&Neroli, ale wciąż dość luźna. Na poniższym zdjęciu ujęłam obie (cytrusowa po lewej, lawendowa po prawej):

O wersji Lavender&Avocado mogę już śmiało powiedzieć, że rzeczywiście miała właściwości regenerujące i myślę, że spokojnie mogłabym jej używać samodzielnie przez dłuższy czas. Nie była supertreściwa, gęsta, mocno przylegająca do włosów i tym mnie ciut zawiodła, ale może takich właściwości powinnam się spodziewać raczej po masce. Zupełnie nie widzę tej odżywki w roli „naprawiacza” zniszczonych lub bardzo zniszczonych włosów, a raczej dobrego regeneratora włosów, których kondycja jest zadowalająca, ale okresowo się pogarsza. Dopiero niedawno znalazłam sugestię producenta, aby używać jej także jako intensywnej kuracji, łącząc z 1/2 dojrzałego awokado, owijając ręcznikiem i rozgrzewając suszarką. Mój wewnętrzny leń przekręcił się na tę informację na drugi bok, ale może dla kogoś z Was będzie to inspiracja do eksperymentów 🙂

Nie wyczuwałam, że mam tutaj do czynienia z silikonami, nie była nimi napakowana w niedorzecznych ilościach. Muszę pokiwać głową z uznaniem dla wyważenia składników. Podobał mi się stopień nawilżenia i wygładzenia włosów, a także brak obciążenia, ale brakowało mi tutaj kropki nad „i”, czegoś, co sprawiłoby, że chciałabym natychmiast sięgnąć po kolejne opakowanie.

Czy znacie kosmetyki do włosów John Masters Organics? Myślę, że moja przygoda z nimi jeszcze się nie skończyła. Obecnie najbardziej kusi mnie seria z miodem i hibiskusem, w skład której wchodzą: szampon, odżywka oraz maska. Oczywiście dlatego, że napis głosi „repair” i „do włosów zniszczonych” 😛 Miód działa na moje włosy bardzo dobrze, najbardziej lubię go w domowej maseczce – przepis zamieściłam tutaj.

Ściskam Was mocno, do usłyszenia w kolejnej recenzji!

Ewelina

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s