Kuracja retinoidami cz. I. Tretinoina i klindamycyna

Nie sposób, aby temat retinoidów nie pojawił się na pewnym etapie zainteresowania pielęgnacją. Do tej pory byłam jedynie biernym odbiorcą, czytałam, dowiadywałam się, ale dopiero w ubiegłym roku po raz pierwszy włączyłam je aktywnie do pielęgnacji. Pierwszym preparatem, z jakim miałam styczność, był Atrederm i to jemu poświęcę dzisiejszy wpis. Dowiecie się z niego, dlaczego zdecydowałam się na podjęcie takiej kuracji, jak przebiegała, jakie uzyskałam efekty i jakich trudności mi przysporzyła.

Zanim przejdę do rzeczy, muszę przeprosić Was za słabą dokumentację fotograficzną kuracji. Zrobiłam zdjęcia przed, po czym usunęłam je z aparatu, myśląc, że są już zgrane. Zdjęcia w trakcie kuracji robiłam z kolei telefonem (jako, że nie zawsze miałam dostęp do aparatu, a czasem chciałam udokumentować coś natychmiast), a ten radośnie wpadł do wody, co również poskutkowało utratą danych. Podjęłam się odzyskiwania, co mocno przesunęło ten wpis w czasie, jednak misja została przynajmniej częściowo zakończona sukcesem 🙂 Przykro mi, że słabo przyłożyłam się od tej strony, ale mam nadzieję, że będzie widać to, co najważniejsze i że strona merytoryczna w pełni Was usatysfakcjonuje.

Czym są retinoidy?

Retinoidy to pochodne witaminy A o wszechstronnym działaniu. Stanowią bardzo skuteczną broń w walce z trądzikiem, ale są także stosowane z powodzeniem jako element pielęgnacji przeciwstarzeniowej. To środki silnie pobudzające naskórek do odnowy, regulujące, redukujące przebarwienia, działające przeciwłojotokowo, przeciwzapalnie… Długo by wymieniać. Pozostanę przy lakonicznym wstępie, ten wpis nie ma bowiem na celu omówienia pełnej charakterystyki retinoidów; byłabym butna, usiłując występować z roli eksperta. Podejmę się jednak skrupulatnego opisu pojedynczego przypadku – mojej czteromiesięcznej kuracji.

Retinoidy dzielą się, ze względu na budowę, na trzy generacje (choć natrafiłam w sieci na artykuł o czwartej). Podczas całej kuracji używałam jednego z retinoidów pierwszej generacji (tretinoiny), a także retinoidu trzeciej generacji (adapalenu, o którym opowiem w osobnym wpisie). Myślę, że o ile adapalen czy tretinoina mogą brzmieć obco, to pewnie znana jest Wam nazwa retinol – to witamina A i należy do pierwszej generacji. To w ramach ciekawostki. 🙂

Dlaczego zdecydowałam się na podjęcie kuracji retinoidami?

Jak już wspomniałam, do tej pory byłam jedynie biernym odbiorcą, obserwatorem. W końcu zdecydowałam jednak, aby spróbować zwalczyć swoje dolegliwości skórne przy pomocy tretinoiny. Poszłam do lekarza, wiedząc już, czego chcę, choć oczywiście nie zbagatelizowałabym innych zaleceń, gdyby takie pojawiły się podczas wizyty. Ale ostatecznie wszystko poszło po mojej myśli.

Długo rozważałam retinoidy, bo odkąd pamiętam, miałam problemy z zaskórnikami, zarówno zamkniętymi, jak i otwartymi, a także przebarwieniami po zmianach trądzikowych. Udawało mi się osiągnąć mocno zadowalający stan skóry, jednak nie potrafiłam wejść powyżej określonego poziomu. Przez PCOS, przez ponad półtora roku przyjmowałam środki hormonalne i po ich odstawieniu zupełnie nie potrafiłam już zapanować nad skórą (to częste następstwo odstawienia). Chcę jednak uprzedzić, że moja postać trądziku nie jest szczególnie „efektowna”, myślę nawet, że wiele osób pochwaliłoby mnie za zadbaną cerę, patrząc na nią z pewnej odległości (no, może nie w czasie po odstawieniu hormonów). Trądzik ma wiele odsłon i uporczywe zaskórniki to tylko jedna z nich.

Był koniec lata i uznałam, że to czas na podjęcie decyzji o leczeniu (z takimi środkami dobrze zaczynać jesienią, do czego jeszcze dojdę). Udałam się więc do dermatologa.

Wizyta u dermatologa

Umówiłam wizytę, mając jasno sprecyzowany plan. Uznałam, że dobrze spisze się u mnie Atrederm, który jest bardzo popularnym środkiem, znanym ze swej skuteczności. Opowiedziałam pani dermatolog o moim problemie i rozwiązaniu, jakie widzę, a ta obejrzała moją skórę i bardzo szybko temu rozwiązaniu przyklasnęła.

Atrederm to lek występujący w dwóch wersjach, które różnią się od siebie zawartością tretinoiny: w pierwszej występuje ona w stężeniu 0,025%, a drugiej – 0,05%. Ja dostałam receptę na tę pierwszą.

Zostałam zapytana, czy nie jestem obecnie w ciąży lub czy jej nie planuję. Retinoidy wykazują działanie teratogenne, co oznacza, że mogą powodować uszkodzenie płodu. Pytanie o ostatnią miesiączkę i plany ciążowe pojawia się na każdej wizycie kontrolnej, nie tylko na pierwszej.

Jest jeszcze jedna ważna sprawa, o której należy pamiętać, decydując się na takie leczenie: retinoidy uwrażliwiają skórę na promieniowanie ultrafioletowe (UV), dlatego filtry zapewniające wysoką ochronę przeciwsłoneczną powinny zagościć na stałe w pielęgnacji podczas kuracji, a także po niej. Z tego powodu warto rozpocząć kurację na przykład jesienią, gdy jest jasno o wiele krócej niż latem (czytałam również o wpływie wilgotności powietrza – im bardziej sucho, tym również mniej korzystnie dla skóry). O tym, niestety, nie zostałam już poinformowana i dobrze, że sama to wiedziałam, bo mogłabym się niemiło zaskoczyć 😦 Cóż, nie oceniam swojej współpracy z dermatologiem całkowicie pozytywnie, czułam, że przeprowadzony wywiad był zbyt powierzchowny, a ta kwestia filtrów pozostawiła we mnie niesmak.

Klindamycyna

Na mojej recepcie widniał nie tylko Atrederm. Został mi przepisany również Clindacne, żel z 1% zawartością klindamycyny. Klindamycyna to antybiotyk często stosowany u osób skarżących się na trądzik. Ma działanie bakteriobójcze i bakteriostatyczne. Występując obok tretinoiny, ma za zadanie zapobiegać stanom zapalnym. Tak zwany „wysyp” jest częstym rezultatem stosowania retinoidów, to zatem szansa na jego złagodzenie i szybsze gojenie.

Clindacne ma formę żelu:

Dermatolog zalecił mi nakładanie Clindacne jeszcze przed włączeniem do pielęgnacji Atredermu celem wygojenia stanów zapalnych, jakie już miałam na skórze. Niestety, pojawiające się co chwila niedoskonałości sprawiały, że traciłam cierpliwość i nerwy i próbowałam pozbywać się ich mechanicznie (drapanie, wyciskanie). Klindamycyna pomogła mojej skórze zagoić się w ekspresowym tempie. Używałam jej codziennie, zarówno rano, jak i wieczorem, na oczyszczoną twarz. Efekty zauważyłam już po pierwszym użyciu: skóra była o wiele gładsza. Po kilku dniach mogłam powiedzieć, że wygojenie jest już daleko posunięte. I ta gładkość! Moja cera zaczęła wyglądać naprawdę dobrze, uspokoiła się.

Miałam kontynuować leczenie klindamycyną przez 2 tygodnie, zanim nałożę Atrederm i później używać ich razem (ale nie naraz – Atrederm co 3 dni na noc, w pozostałe dni Clindacne). Szybko jednak zrezygnowałam z Clindacne, ponieważ tretinoina nie powodowała u mnie żadnego wysypu, a taka żelowa konsystencja potęgowała odwodnienie (nie chciałam jej z niczym mieszać). Decyzję o odstawieniu podjęłam sama, a podczas wizyty kontrolnej pani dermatolog powiedziała, że tak też jest w porządku. Zużyłam jedną tubkę Clindacne w całości i małą część drugiej.

Atrederm – częstotliwość i sposób użycia, przechowywanie

Atrederm jest ważny przez 30 dni od otwarcia. Ja stosowałam go aż do zużycia, nieco ten czas naciągając. Nie utracił swoich właściwości, choć dostawałam od Was wiadomości, jakoby moc jego działania słabła wraz z czasem. Ja tego zupełnie nie zauważyłam, ale idąc za radą jednej z moich obserwatorek, przechowywałam go przez cały czas (po otwarciu) w lodówce.

Tak jak zdradziłam już wyżej, dermatolog zalecił mi nakładanie preparatu na noc co 3 dni na suchą skórę, a jeśli będzie bardzo wysuszona, to na krem nawilżający. Ściśle przestrzegałam terminów, z małymi wyjątkami – kiedy czułam, że moja skóra jest zbyt mocno umęczona, że podrażnienie jest za duże, przesuwałam aplikację np. o 1 dzień. Rzadko zdarzało mi się ten czas skracać, ale czasem owszem. Po pewnym czasie wiedziałam już, ilu dni potrzebuje moja skóra na reakcję. Atrederm to lek z opóźnionym zapłonem i efekt nie jest widoczny od razu, ani kolejnego dnia. W moim przypadku były to 2-3 dni. Czasem wiedząc, że po drodze czeka mnie np. wolny weekend i są spore szanse, że wtedy skóra osiągnie apogeum swojej zwyczajowej reakcji, przyspieszałam czas nałożenia płynu. Ogólnie kierowałam się jedną zasadą: bardzo, bardzo dokładną obserwacją skóry. Wolałam przeciągnąć stosowanie w czasie, niż narazić cerę na męki, bo jak się zaraz przekonacie, Atrederm nie raz dał mi w kość.

Gdy użyłam tretinoiny po raz pierwszy, zaaplikowałam ją palcami. To niezwykle niewygodny sposób. Butelka ma szeroki gwint i wylanie odpowiedniej ilości jest przez to znacznie utrudnione, a nie chciałam ładować palców do środka. Szybko przerzuciłam się więc na jednorazowe waciki kosmetyczne. Ta metoda aplikacji jest mocniejsza od nakładania Atredermu palcami, bo następuje przy niej pocieranie naskórka (a więc pewnego rodzaju złuszczanie) i preparat ma okazję zadziałać mocniej. Dobrze jest nakładać ten lek w dużym pomieszczeniu, bo przy wylaniu go na wacik i później przyłożeniu do skóry zostaje się otoczonym duszącą alkoholową chmurą.

Pierwsze dni z tretinoiną

Zaczęłam stosować Atrederm wraz z początkiem października 2018. O tym, że to lek z opóźnionym zapłonem, wiedziałam od dawna i oczywiście doświadczyłam tego i na własnej skórze. Dlatego uczulam Was: gdy nie widzicie słynnego złuszczania już dzień po użyciu tretinoiny, nie dokładajcie preparatu. Odczekajcie swoje.

U mnie poszło dość średnio. Na pierwszą odpowiedź skóry czekałam kilka dni. Dodałam wpis na Instagramie (tutaj) mówiący o tym, że po drugim użyciu moja twarz płonie. Czułam się jak poparzona, a ten efekt wystąpił po nałożeniu kremu z filtrem Eco Cosmetics (również jest na tym zdjęciu na instagramie). Odczuwałam nieznośnie szczypanie. Próbowałam ratować się na różne sposoby: wodą Uriage, zmyciem tego kremu, nałożeniem czegoś innego. Nie pomogło mi NIC, musiałam to przetrwać. Ale nie mogłam, to mi po prostu przeszkadzało w funkcjonowaniu. Poszłam do zamrażarki i wyciągnęłam z niej lód, aby ochłodzić skórę i przynieść jej ulgę choć na kilka sekund. Nie zważałam na to, czy to dobry pomysł w kontekście całej pielęgnacji, po prostu potrzebowałam jak największego zimna. To wydarzenie dało mi lekcję pokory i pokazało, z jak silnym środkiem mam do czynienia.

Dalszy przebieg kuracji

Teraz już o „mięchu”, czyli przebiegu reszty mojej kuracji.

Złuszczanie

Pierwsze złuszczanie zaczęło się 4 października (od razu dodałam notatkę w Google Keep, więc mam nawet godziny :D). Przed wyjściem do pracy (6:30) nic nie zapowiadało szczególnych zmian na skórze, ale gdy zobaczyłam swoją twarz w lustrze około godziny 13:00, okazało się, że cała moja broda jest pokryta odstającymi suchymi skórkami. To właśnie brodę/okolicę ust to widoczne złuszczanie upodobało sobie najbardziej. Przez cały czas leczenia była jedynym miejscem na twarzy, gdzie zwisały mi płatki skóry, na innych pojawiały się sporadycznie.

Widocznie złuszczony naskórek nie był dla mnie szczególnie problematyczny. Zazwyczaj mogłam go łatwo zrolować, a gdy pojawiał się po nocy, to wystarczyło poranne mycie, aby zniknął pod wpływem masowania twarzy przy oczyszczaniu. Oczywiście, nie mogłam się powstrzymać przed ładowaniem palców na twarz i rolowanko było stałym punktem mojego dnia. Czasem chciałam usunąć tylko małą rzecz, ale to powodowało, że ruszałam resztę martwego naskórka i pojawiał się efekt kuli śnieżnej, czyli znikąd zaczynały się pojawiać kolejne odstające skórki. Poniżej trzy zdjęcia pokazujące różne stopnie nasilenia złuszczania.

Gdy naskórek był widocznie złuszczony w innych miejscach niż okolice ust, mogłam go tylko lekko „strzepnąć” i już było po sprawie, znikał. Odstające skórki nie towarzyszyły mi każdego dnia, a dzień-dwa po nałożeniu Atredermu. Utrzymywały się również 1-2 dni (jednego mocniej widoczne, kolejnego już słabiej), były za to obecne przez cały czas kuracji, w różnym nasileniu, ale najczęściej takim, jakie widzicie na trzecim zdjęciu powyżej.

Zaczerwienienie skóry

Kolejnymi reakcjami, jakie mi towarzyszyły, były zaczerwienienie oraz ściągnięcie skóry. Żadnego z nich nie mogłam przewidzieć tak, jak złuszczania. Mogłam ich być niemal pewna, gdy zwiększałam częstotliwość stosowania Atredermu. Co do rumienia – trwał 1-2 dni. Był najmocniejszy w dzień po użyciu tretinoiny, a potem słabł. Patrząc na swoją cerę teraz, mogę powiedzieć, że w subtelnej formie utrzymywał się prawie cały czas, moja skóra była wszak stale podrażniana i stymulowana. Kilka razy przybrałam kolor buraczka…

…ale z reguły było to słabsze zaczerwienienie niż na tym zdjęciu (gdzie osiągnęłam najwyższy rumień spośród wszystkich dni kuracji). Dodam, że skóra czerwieniła się również podczas pocierania. Gdy próbowałam zrolować odstające skórki, obszar który potarłam bardzo szybko zmieniał barwę – wtedy odpuszczałam i już nie dotykałam twarzy.

Ściągnięcie i pieczenie skóry

Teraz kilka słów na temat najmniej przyjemnych reakcji skóry. O nieznośnym pieczeniu i kostkach lodu po drugim użyciu Atre już wiecie. Nie był to odosobniony przypadek; doświadczałam bólu jeszcze kilkakrotnie, ale już nie w takim natężeniu. Tutaj ponownie – mogłam to skorelować z częstotliwością stosowania (gdy zdarzyło mi się skrócić przerwę między użyciami), a także z reakcją na poprzednie użycie. Czasem wypadał już dzień, w którym miałam zaaplikować lek, ale moja skóra wciąż była nieco podrażniona po poprzedniej aplikacji. Ja jednak chciałam być rzeczywiście systematyczna i mimo tych problemów nie zwiększałam przerwy do 4 dni. Wtedy skóra również potrafiła odpowiedzieć uczuciem płonięcia.

Bólowi i rozgrzaniu cery często towarzyszyło również mocne ściągnięcie. To tak, jakby ktoś mi zapiął gorset na skórze i go coraz mocniej ściągał. Albo jakbym miała za mało skóry, a za dużo twarzy do pokrycia. Napięcie było niesamowite. Nie występowało na całej powierzchni twarzy, a tylko w pewnych miejscach. Jak się domyślacie – głównie w okolicach ust. Biedna ta moja broda. Czułam potworne odwodnienie, szorstkość skóry, chropowatość. Kiedyś byłam umówiona po pracy i nie mogłam wrócić do domu, a nie wzięłam ze sobą kremu i myślałam, że zginę. Nałożyłabym sobie nawet majonez, gdybym miała go akurat pod ręką. Czułam, że nawilżenie ucieka ze skóry w szaleńczym tempie, była rozgrzana i sucha, a część mojej twarzy wyglądała jak poparzona. Efekt ściągnięcia był lżejszy lub mocniejszy, ale raczej to pierwsze. Opisuję Wam sporo drastycznych chwil z całej kuracji, ale muszę sprostować: było ich zdecydowanie mniej niż tych lepszych 🙂 Po każdym takim wypadku zwiększałam znowu odstęp między ostatnią a kolejną aplikacją tretinoiny.

Poniżej kilka zdjęć ściągniętej skóry zrobionych telefonem. Musiałam zaciskać usta lub robić dziwne miny, żeby to pokazać, ale się udało 😉 Nie zwracajcie tutaj większej uwagi na kolor skóry: aby jak najlepiej pokazać efekt, zwiększałam na nich delikatnie kontrast, a to przerysowało jej koloryt. Na uwagę zasługuje zdjęcie jakby głęboko pękniętej/pomarszczonej skóry obok oka (zeszło ze skóry w jakieś 2 dni).

Pielęgnacja skóry podczas kuracji

Byłam przekonana, że wraz z włączeniem do pielęgnacji retinoidów, będę musiała budować kosmetyczkę od nowa. Jakże się myliłam 🙂 Przede wszystkim, szykowałam się na znaczne odwodnienie i wprowadzenie tłustych konsystencji. Owszem, przydały się, ale używałam takich naprawdę sporadycznie, w czasach największej suchości cery. Mogę śmiało powiedzieć, że reszta mojej pielęgnacji właściwie się nie zmieniła. Przestałam tylko używać regularnie peelingów. Dodatkowe złuszczanie naskórka podczas leczenia Atredermem jest niewskazane i jestem przekonana, że gdybym użyła wtedy peelingu mechanicznego, to bardzo pobudziłabym, podrażniła i rozgrzała skórę. Naskórek łuszczył się dzięki tretinoinie, więc inne peelingi były zbędne. Raz na około 3 tygodnie pozwalałam sobie na peeling enzymatyczny, aby rozpuścić martwy, odstający naskórek. Nie używałam jednak tych peelingów tak jak zwykle, bo nakładałam je na o wiele krótszy czas (5 minut).

Moim absolutnym hitem w tym czasie okazał się hydrolat różany (o konkretnych hydrolatach, z których korzystałam przeczytacie tutaj). Tylko on był w stanie dać mojej skórze prawdziwe ukojenie. Mogłabym spryskiwać nim cerę bez końca. Co ciekawe, nawet gdy nie odczuwałam żadnego dyskomfortu, po jego użyciu czułam, że skóra go potrzebowała i że jest cały czas w stanie pobudzenia, nawet gdy nie daje mi się widocznie we znaki.

Efekty

Skóra przed

Na wstępie wspomniałam, że odzyskałam część zdjęć, jednak nie mam wszystkich z nich. Te, których brakuje najbardziej, to właśnie zdjęcia stanu skóry przed rozpoczęciem kuracji. Udało mi się znaleźć parę fotek z ubiegłorocznej wiosny; tutaj akurat światło zadziałało na korzyść skóry, bo przebarwienia są mniej widoczne, ale nie wszystkie się ukryły:

Efekty pojawiały się stopniowo. Przez to, że poprawa skóry przyrastała małymi kroczkami, nie robiłam aparatem zdjęć w trakcie. Po prostu nie widziałam zmian, choć zaszły 🙂 Wydawało mi się, że przed moją skórą jeszcze długa droga, aż pewnego dnia stwierdziłam, że tak dobrze nie wyglądała już od dawna. Uniknęłam też wysypu i tym bardziej nie mogłam zauważyć szalonych zmian.

Nie mam zdjęć nosa z tamtego okresu, ale pokażę Wam, jak się prezentował parę tygodni temu – podczas kuracji Epiduo nastąpił u mnie częściowy powrót zaskórników otwartych w tym rejonie (choć nie jest tak źle, jak było przed), więc mogę pokazać choć namiastkę problemu.

Skóra po

Tutaj krótko: przebarwienia poznikały, zaskórniki zostały znacznie zredukowane, a skóra stała się gładka i wyglądała zdrowo. Przez jakiś czas utrzymywało się nieznaczne zaczerwienienie oraz efekt ściągnięcia (okolice oczu), ale z czasem ustąpiło. Niech mówią zdjęcia 🙂 (te wykwity na brodzie to opryszczka, a nie wypryski)

Podsumowanie

Uważam kurację tretinoiną za niezwykle udaną. Mimo, że zaskórniki nie odeszły całkiem w zapomnienie, to ich stan tuż po odstawieniu Atredermu był dla mnie w pełni zadowalający. Cieszę się ze znacznej redukcji przebarwień. Nie patrzę na trudności, jakie przysporzyło mi stosowanie tak silnego środka – nie mają teraz dla mnie wielkiego znaczenia, jeśli porównam je do efektów. Biorę pod uwagę fakt, że to moje pierwsze zetknięcie z retinoidami i że popełniłam w trakcie wiele błędów. Myślę, że następnym razem poradzę sobie lepiej.

Zdradziłam Wam co nieco, mówiąc, że przy Epiduo część zaskórników powróciła. Stosowanie adapalenu również nie było dla mnie łatwe, ale tutaj skutki uboczne w zetknięciu z efektami nie są tak małe i nieznaczące. Wpis na jego temat również pojawi się na moim blogu, napiszę tam szerzej o efektach po dłuższym czasie od odstawienia. Po Atre od razu pojawiło się Epiduo i w obecnym poście opisuję swoje wrażenia właśnie z daty końca kuracji Atredermem, nie ma tutaj moich odczuć po kilku miesiącach.

Nie uważałam, że jednorazowa kuracja retinoidami od razu załatwi wszystkie sprawy dla mojej skóry. Działam tutaj na wielu polach (nie tylko kosmetykami, ale również dietą) i myślę, że tej jesieni spotkam się z Atredermem ponownie. Jestem cały czas w kontakcie z dermatologiem i na najbliższych wizytach poruszę znowu ten temat.

Pozdrawiam Was serdecznie,

Ewelina

2 myśli w temacie “Kuracja retinoidami cz. I. Tretinoina i klindamycyna”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s