Lush Botanicals, Cream in the city

Marka Lush Botanicals wdarła się do mojej pielęgnacji przebojem. Zaczęło się od soku (o którym pisałam tutaj) oraz kremu do twarzy in the air (recenzja tutaj), a dziś mam przyjemność przedstawić Wam cream on the city, czyli kremowe serum mające wspomagać skórę w walce z tak zwanym stresem miejskim, to znaczy wszelkimi czynnikami zewnętrznymi, z którymi skóra musi zmagać się w dzisiejszym świecie, pełnym spalin, zanieczyszczeń, śmieci, palenia byle czym i braku poszanowania powietrza, wody, natury.

Zachwycam się tą marką, bo rzadko widuję tak dopracowane kosmetyki. Kiedyś nie interesowały mnie formuły, konsystencje, połączenia składników, ale w końcu przestały mi być obojętne. Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, że dwa kosmetyki o podobnych składach mogą różnie zachowywać się na skórze? Czasem mam wrażenie, że łączy się ingrediencje w sposób przypadkowy i nieprzemyślany, i choćby były to najbardziej wymyślne i cuda czyniące składniki, to całości, którą tworzą, daleko do spójności, daleko do konkretnego celu. Ale nie tutaj. Tutaj w każdej formule widzę, dlaczego została wymyślona (oczywiście nie wypróbowałam jeszcze wszystkiego, ale… mam zamiar :)).

Cena: 245 zł/50 ml (klik)

Kosmetyki „miejskie” są teraz bardzo na czasie. Niektórzy producenci puszczają wodze fantazji i obiecują wręcz zespół Avengers walczących z zanieczyszczeniami 😉 Ja lubię tego rodzaju produkty za bogactwo antyoksydantów i sądzę, że o to w tym chodzi – o przeciwdziałanie starzeniu skóry, które przez czynniki środowiskowe może postępować szybciej. Tego nie brak w żadnym z kosmetyków Lush Botanicals, nie tylko tym serum. Myślę, że to dobry moment, aby przywołać jego skład, bazujący na dwóch składnikach, które bardzo lubię solo: hydrolacie z róży damasceńskiej oraz oleju z nasion malin:

INCI: Rosa Damascena Flower Water, Aqua, Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil, Actinidia Chinensis (Kiwi) Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Glyceryl Stearate, Rosa Canina Seed Oil, Ribes Nigrum (Black Currant) Seed Oil, Prunus Avium (Cherry) Kernel Oil, Plukenetia Volubilis (Sacha Inchi) Seed Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Betaine, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Panthenol, Rosa Centifolia Flower Extract, Rosa Rugosa Flower Extract, Gardenia Tahitensis (Tiare) Flower Extract, Ficus Carica (Fig) Fruit Extract, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract, Fragaria Ananassa (Strawberry) Fruit Extract, Wine Extract, Beta Vulgaris (Beet) Root Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), Cera Alba, Isostearyl Isostearate, Sorbitan Oleate, Caprylic/Capric Triglyceride, Xanthan Gum, Rosa Damascena Flower Oil, Santalum Album (Sandalwood) Oil, Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil, Limonene, Geraniol, Citronellol

11 olejów i 9 ekstraktów, a to tylko część składu. Co ciekawe, zawiera dwutlenek tytanu, czyli filtr mineralny. Poziom ochrony przed słońcem nie został tutaj jednak oznaczony, więc uznaję go za miły dodatek, ale absolutnie nie polegam w kontekście porządnej ochrony przed promieniowaniem UV. W serum znajdziemy również betainę, pantenol czy kwas hialuronowy, a i to jeszcze nie koniec. Przypominam, że kosmetyki tej marki nie zawierają konserwantów i muszą być przechowywane w lodówce (są też zapakowane w specjalne szkło), a ich termin ważności to zaledwie 10 tygodni.

U Lush Botanicals możecie spodziewać się wyłącznie składów w wersji „na bogato”, z wieloma składnikami aktywnymi. Mieszanki wydają się mocno olejowe, również dla mnie – tym bardziej dziwię się zawsze, jak świetnie się wchłaniają i jak daleko im do tłustych mazi, powodujących pocenie i duszenie skóry, które tak ochoczo uskuteczniają producenci kosmetyków naturalnych. Na rynku jest naprawdę niewiele kremów, które są w stanie sprawić, że zechcę do nich wrócić, a czasem nawet przy powrocie nie jestem do końca pewna i raczej myślę sobie, że mogłam wydać pieniądze na coś innego. Nie wszystko zgrywa się z moją skórą na tyle, na ile bym chciała. To serum zgrało się z nią świetnie.

Formuła serum jest bogata, treściwa, ale wciąż płynna. Zdecydowanie emolientowa. Po aplikacji na dłoń nie pozostaje w miejscu, rozlewa się. Może sprawiać wrażenie słabo wchłanialnej i obciążającej, ale na szczęście, pozory mylą. Wchłania się świetnie i nie pozostawia po sobie tępego filmu czy uczucia ściągnięcia, daje uczucie, jakby wręcz rozgościła się na skórze. To uczucie uzupełnienia braku – tak, jakby cerze czegoś brakowało i po aplikacji kremu wreszcie mogła poczuć się swobodnie. Gdy mowa o wchłanianiu, nie sposób nie wspomnieć o stosowanej ilości. Starałam się, aby była jak najmniejsza, tylko taka, aby cieniutko pokryć bez problemu całą powierzchnię cery. Szybkie wchłanianie nie oznacza, że gdy nałoży się krem grubą warstwą, to skóra tak czy siak go pochłonie. Wtedy produkt będzie zapewniał przede wszystkim okluzję. Zużycie tego kosmetyku w zalecane 10 tygodni to dla mnie abstrakcja, nawet przy stosowaniu rano i wieczorem. Ja ten termin na własną odpowiedzialność wydłużyłam (niektóre produkty konserwuję, inne po prostu spokojnie dokańczam).

Używanie cream in the city przypadło akurat na czas, kiedy stosowałam też Atrederm, silny preparat przeciwtrądzikowy. We wpisie o mojej kuracji (klik) wspomniałam, że nie musiałam wtedy wprowadzać rewolucyjnych zmian w pielęgnacji, ale jednocześnie uważałam bardzo na kosmetyki, bo niektóre były w stanie zaognić uczucie poparzenia, wywołać szczypanie i tym podobne. A cream in the city był dla mnie jak miodek dla Kubusia Puchatka. Kiedyś (klik) opisałam ten krem jako jedno wielkie „uff” dla mojej umęczonej skóry, jakbym po całym dniu chodzenia po górach wreszcie zdjęła ciężkie buty i rzuciła się na łóżko, a cały wysiłek mógł puścić. Odnosiłam wrażenie, że rozluźniał moją skórę. Nagle zaczynałam czuć się niezwykle komfortowo, mimo że przed aplikacją wcale nie odczuwałam dyskomfortu (a przynajmniej nie zawsze). Efekt ukojenia bardzo mnie w tym produkcie zaskoczył. Nie jestem w stanie zagwarantować Wam tego samego, bo jednak moja skóra była wtedy w „stanie specjalnym”.

Serum sprawiało, że skóra od razu stawała się gładsza. Miała na sobie cienki film ochronny, ale nie taki, który można zetrzeć palcem i pod którym skóra się dusi. Mimo wszystko, nie mam przekonania, czy krem dobrze by się sprawdził przy wysokich temperaturach, chyba nie, ale nie mam mu tego za złe – latem najchętniej nie nakładałabym niczego. W takie dni często zatrzymuję się na kremie z filtrem lub na leciutkim serum w małej ilości. Cream in the city stosowałam jesienią i wczesną zimą, i pod względem formuły był dla mnie wtedy idealny. Muszę zaznaczyć, że jesień i zima wcale nie oznaczają u mnie natychmiastowego przejścia na bogate konsystencje – nie zamierzam zalepiać skóry, bo przyjęło się, że zima=tłuste kremy, szczególnie gdy nie przebywam długo na zewnątrz. Lubię kosmetyki, które wchłaniają się z łatwością i o których istnieniu mogę zapomnieć w ciągu dnia.

Serum Lush Botanicals nie wzmagało produkcji sebum, skóra nie świeciła się po upływie paru godzin (oczywiście to również zasługa Atredermu). Dobrze radziło sobie z zaradzeniem okresowemu odwodnieniu naskórka, a także z codziennym nawilżeniem. Balans – to słowo świetnie do niego pasuje. Jednocześnie bogaty i szybko absorbowany przez skórę. Odpowiednio nawilżający i potrafiący utrzymać nawilżenie w naskórku. Nieobciążający skóry, ale otaczający ją odpowiednim, komfortowym woalkiem ochronnym. W tym kosmetyku mają szansę znaleźć dla siebie coś dobrego różne typy cer. Ja mam tłustą i codzienna aplikacja była w porządku, nie nasilał zaskórników i wyprysków, choć przy stosowanych jednocześnie retinoidach mój osąd może nie zdać się Wam na zbyt wiele.

Ponieważ to serum w formie kremu, najczęściej używałam go solo. Czasem z jakimś wodnym serum pod spód, ale prawdę mówiąc, towarzysze nie byli mu potrzebni, bo samo zadowalało mnie w stu procentach. Spełniało rolę mojego kremu na dzień. Aplikowałam je albo na wilgotną skórę (od hydrolatu z róży damasceńskiej, który wówczas stał się moim wielkim przyjacielem), albo na zupełnie suchą. Czasem stosowałam je też na noc. Najczęściej przed aplikacją rozgrzewam kremy w palcach lub w zagłębieniu dłoni. Ta zasada dotyczy wszystkich tego typu produktów, nie tylko tych przechowywanych w lodówce. Najlepiej wklepywać je w skórę i przy you’re frozen, in the air i stardust jest to mocno wskazane ze względu na konsystencję, a przy cream in the city rozcieranie na skórze też było w moim przypadku bardzo w porządku i moja leniwa strona cieszyła się, że może to robić 😉

Wspomnę jeszcze o zapachu. Lush Botanicals pracuje na to, żeby luksus ich kosmetyków był niezaprzeczalny. Objawia się to po pierwsze w ich działaniu, składach, konsystencjach, opakowaniach, ale także w przepięknych, przemyślanych kompozycjach zapachowych. Lotos, cytrusy, róża, champaka. Zapachy są różne, ale mają wspólny mianownik i można rozpoznać, z którą marką ma się do czynienia. W cream in the city połączono różę i cytrusy, o, śpiewajcie narody. Jest pięknie 🙂 Na stronie producenta przeczytałam też o dodatku aromatu drzewa sandałowego, ale wybaczcie, nie znam zapachów wszystkich składników i stąd sama nie potrafiłam go tam zidentyfikować.

Czy wrócę do tego produktu? Tak, w to nie wątpię. Chciałabym, żeby była to taka sama pora, jak ostatnio, czyli jesień/zima. Nad powrotem zastanawiałam się już po skończeniu pierwszego opakowania, ale wtedy zdecydowałam się na zamówienie innego kremu Lush Botanicals, you’re frozen. Obawiam się, że nie mogę obiecać, że następnym razem nie będzie to kolejny, jeszcze inny krem tej marki 😀 Miałam próbki niemalże wszystkich i czuję się zaciekawiona również resztą. Moja lista kremów do wypróbowania (nie tylko Lush Botanicals) jest krótka, bo jak wspomniałam, wymagania mam coraz większe. Rzadko już decyduję się na zakupy bez próbek, bo te wiele razy odwiodły mnie o jakiegoś pomysłu. Ale w przypadku Lush Botanicals zawsze zachęcały 🙂

Myślę, że fakt, iż lista jest zdominowana przez kremy właśnie tego producenta, dodatkowo podkreśla, jak lubię tę markę. Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli – do każdego produktu podchodzę z czystą kartą (oczywiście również z odpowiednio wysokimi oczekiwaniami). Nie zakładam, że coś będzie dobre, dopóki nie przetestuję tego bardzo dokładnie. Ale Lush Botanicals jeszcze mnie nie zawiodło.

Do usłyszenia w kolejnej recenzji,

Ewelina

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s