Ulubieńcy #1

Comiesięczny post z ulubieńcami to u mnie słaby pomysł, bo miesiąc, a czasem i dwa to za krótko, żebym mogła chwalić kosmetyk (uważam swoich ulubieńców za arcypoważną sprawę :)). Ale chciałabym, żeby taki wpis pojawiał się od czasu do czasu, tym bardziej, że to dla mnie świetna okazja, żeby odejść na chwilę od pielęgnacji i przemycić też paru niekosmetycznych faworytów 🙂 Recenzje niektórych produktów zniknęłyby w tłumie (jak toniku BIO UP) albo pojawią się na blogu najwcześniej za kilka miesięcy (serum Stardust), a w ten sposób będę mogła powiedzieć Wam o nich już teraz i podkreślić, jak je sobie cenię.

Fridge, 3.1 rosemary cleansing milk

Muszę rozpocząć od mleczka do demakijażu Fridge, bo to wręcz odkrycie roku. Buteleczka jest już pusta, ale jestem bardziej niż pewna, że do niego wrócę i to już niedługo. Pewnie poczekam na rabat, a w międzyczasie zużyję sobie na spokojnie galaretkę Plantea i żel Resibo. Nigdy nie przepadałam za mleczkami, wydawało mi się, że niewiele wnoszą do mojej pielęgnacji; po prostu trafiałam na nieodpowiednie. W tym roku mocno się skupiam na Fridge, na pewno w ciągu kolejnych miesięcy dokupię jeszcze kilka produktów. W lutym wzięłam się za to mleczko. Choć jest w ofercie tej marki od dawna, mówi się o nim niewiele, a ja uważam, że to perełka. Ma cudną, aksamitną, kremową konsystencję. Gdy nakładam je na twarz, to jakbym używała luksusowej śmietanki, sam moment aplikacji jest dla mnie niebywale przyjemny. Masaż nim do czysta przyjemność, a i efekty cieszyły mnie niezmiernie. Początkowo używałam go do porannego oczyszczenia, ale bez reszty przepadłam, gdy zaczęłam to robić także wieczorem. Mleczko poradziło sobie z moim tuszem do rzęs (a do tej pory nie lubiłam używać niczego innego niż płynu micelarnego) i służyło za oba etapy oczyszczania! Czułam, że skóra po zmyciu jest bardzo dobrze oczyszczona, ale jednocześnie forma mleczka delikatnie pieściła i pielęgnowała moją skórę i nie potęgowała odwodnienia. Potrafi być przełagodne, ale dłuższy lub dwukrotny masaż zdecydowanie wzmacnia jego działanie. Gdy kupię drugie opakowanie, to opiszę Wam ten produkt wzdłuż i wszerz, musicie go poznać bliżej 🙂

Cena: 97 zł/100 g (klik)

Shy Deer, Masełko do ust

Znam tylko dwie marki, które sprzedają balsamy do ust w papierowym opakowaniu: Jan Barba i Shy Deer. U tej drugiej to świeżynka w asortymencie. Akurat rozglądałam się za czymś nowym i mój wybór nie mógł być inny. Kurczę, ten papier tak mnie ciekawił! Nie jest to tradycyjna, odkręcana tubka. Tutaj produkt przesuwa się w górę, wypychając spód. Od razu powiem, że początkowo trzeba z tym uważać, bo nie można już wrócić z pomadką w dół (a przynajmniej mi się nie udało). Delikatny pomarańczowy zapach niesamowicie uprzyjemnia stosowanie, a sama pomadka jest niezwykle udana. Takich kosmetyków do ust szukam. Idealna formuła musi mieć odpowiednią miękkość – tak, aby dało się wyczuć masełkowatość na ustach, ale by nie spłynęła i wychodziła poza kontur i w drugą stronę – aby nie trzeba było bardzo naciągać warg przy nakładaniu. Masełko Shy Deer otula perfekcyjnie wyważonym woalem, nadaje ustom miękkości i mam po jego użyciu ochotę jeździć wargami tam i z powrotem, bo to takie przyjemne. Błysk nie jest nachalny, a świeży i dziewczęcy. Usta zyskują na odżywieniu, a nałożony na noc, gdy lekko mnie piekły z powodu podrażnienia, załagodził sprawę raz-dwa. To dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie. Spodziewałam się przeciętności pokroju Vianka, a zastałam kosmetyk, do którego wrócę z prawdziwą przyjemnością.

Cena: 29,90 zł/12 ml (klik)

BIO UP, Tonik roślinny róża-opuncja

Od kilku miesięcy nie przestaję mówić o hydrolacie różanym. Używam go przez cały czas w czystej postaci, ale od jakiegoś czasu korzystam z toniku BIO UP na jego bazie i jestem tak samo zadowolona. To mieszanka dwóch wód kwiatowych: z owoców opuncji figowej i kwiatów róży damasceńskiej. W składzie ma także nawilżającą betainę i kojący pantenol. Prosto, ale tak lubię najbardziej. To obecnie mój ulubiony wodny produkt. Staram się z takimi uważać i nie stosować bez celu. Mają albo koić, albo wspomagać nawilżenie (choć stosowane samodzielnie wzmagają odwodnienie i nie polecam zostawiać toniku do wyschnięcia/wklepywać go). Ten daje mojej cerze uczucie ulgi, a także niweluje efekt ściągnięcia, ale nie w taki sposób, jak samo przemycie twarzy wodą. Czuję tu silne łagodzenie i to dla mnie duża przyjemność.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała innych toników tej marki. Za mną już wersja Głóg&Kocanka, która była bardzo w porządku, ale raczej nie kupię kolejnego opakowania, bo nie zapadł mi w pamięć (jednak Róża&Opuncja wygrywa dużą przewagą), a w kolejce czeka także wersja Mięta&Lawenda, która brzmi świetnie, bo ma działać przeciwzapalnie i antyseptycznie, a to wskazane w przypadku mojej cery.

Cena: 32 zł/100 ml (klik)

Lush Botanicals, Serum pod oczy Stardust

Czy może istnieć lista moich ulubieńców niezawierająca żadnego kosmetyku Lush Botanicals? Nie sądzę 🙂 Ta marka zachwyca mnie na każdym kroku i mówię z całą świadomością wypowiedzianych słów, że to top of the top wśród polskich marek kosmetyków naturalnych (zresztą, nie tylko polskich). Dość długo zwlekałam z zabraniem się za krem pod oczy. Zdecydowałam się na niego, kiedy moja skóra nie miała się zbyt dobrze i potrzebowała podreperowania. Gdy stosowałam adapalen, mój preparat (Epiduo) miał formę kremu i zdarzało mi się zapomnieć, że nie mam do czynienia ze zwykłym kremem i podjechać za blisko oczu. W efekcie skóra w tych okolicach była zbyt napięta, odwodniona i łzawienie, które powraca do mnie co jakiś czas, dolewało tylko oliwy do ognia. Potrzebowałam ochrony, głębokiego odżywienia i zapobiegnięcia ucieczce wody ze skóry i Stardust szybko mi to dał. Rozprawił się z moimi problemami w zawrotnym tempie (ale sądzę, że uszkodzenia nie były poważne, tylko skutki mocno odczuwalne 😉 ). Ten produkt wymaga zdecydowanie dłuższego omówienia, bo nie jest najprostszy w obsłudze, dlatego poświęcę mu odrębną, rozbudowaną recenzję. Ale skórom dojrzałym i wymagającym silnego odżywienia mogę polecić go już teraz.

Cena: 225 zł/30 ml (klik)

Cztery Szpaki, Szampon w kostce

Część kosmetyczną zakończę ABSOLUTNYM HITEM, który jest miodem na moje ekologiczne serce. Mowa o szamponie w kostce polskiej marki 4 szpaki (właśnie się zorientowałam, że wszystkie wspomniane kosmetyki pochodzą od polskich producentów, bardzo mnie to cieszy). Gdy usłyszałam słowa „szampon” i „kostka” wypowiedziane razem, moje myśli powędrowały tam, gdzie myśli wielu innych osób: do mydeł. Nie mogłam się bardziej mylić.

Kurczę, jaki on jest dobry! Przede wszystkim, daje dużo piany, żegnajcie więc, żmudne masowanie skóry głowy w nadziei, że dotrze tam choć odrobina szamponu, i wylewanie bezkresnych ilości kosmetyków. Wystarczy kilka razy potrzeć nim delikatnie mokre włosy i rozpoczyna się efekt kuli śnieżnej, a piana rośnie w niebywałym tempie. Da się nią dotrzeć w najdalszy zakamarek moich gęstych włosów. Myje świetnie, włosy są zawsze doczyszczone, błyszczące i wygładzone. Wyczuwam w nim odrobinę właściwości pielęgnacyjnych, nie jest tylko typowym produktem oczyszczającym. Nie pozostawia po sobie piszczących włosów, mimo że czuję idealną czystość. Słyszałam trochę skarg, jakoby wzmagał przetłuszczenie. U mnie nic takiego się nie dzieje. Podejrzewam, że u niektórych może to być kwestia niedokładnego wypłukania preparatu. Przy niecodziennej w przypadku naturalnych szamponów ilości piany, można uśpić czujność i zaniedbać ten etap. Oczywiście, do głowa, to inna reakcja, ale aby dowiedzieć się na pewno, jak będzie u Was, nie pozostaje nic innego, jak wypróbować go na sobie. 32 zł za z pozoru niewielką kostkę wzbudza wątpliwości, ale słowo harcerza: to niesamowicie wydajny produkt. Stosuję go bez przerwy i widzę już zużycie, ale wiem, że mam wciąż drugie tyle przed sobą, a to już 1,5 miesiąca (a przeciętny szampon wystarcza mi na około miesiąc). Temat szamponów w kostce stał się w ostatnich miesiącach bardzo popularny i marka Cztery Szpaki nie jest jedyną, która wprowadziła taki na rynek. Mam zamiar porównać to cudeńko do innych, możecie spodziewać się takiego wpisu. Ale ten szpakowy też kupię 🙂

Cena: 32 zł/75 g (klik)

Ulubieńcy niekosmetyczni

To co, może zejdziemy na moment z tematu kosmetyków? 🙂 Co powiecie na dobry serial, matę do jogi, która utrzyma nawet najtrudniejsze pozycje i … bardzo przydatne łyżeczki?

Manduka, Mata do jogi eKO 5 mm

Moja nauczycielka jogi powiedziała, że ten model to Mercedes wśród mat. Trudno się z tym nie zgodzić. Matę zobaczyłam właśnie u niej. Przyciągnęła mnie ciekawym wzorem, a potem od słowa do słowa, przeszło do tego, że mogłam wykonać na niej szybką asanę i wieczorem już składałam zamówienie na swój egzemplarz. Joga nie wymaga szczególnych przygotowań: specjalnych butów (praktykuje się na boso), wymyślnego stroju, zegarków i tak dalej. Ale o jedną rzecz warto zadbać: o dobrą matę. Kluczowa jest dobra przyczepność. Wcześniej korzystałam z innej maty Manduka, którą bardzo sobie chwalę do dziś, ale zdarzały się asany, w których potrzebowałam o wiele silniejszego wsparcia. Moje ręce zaczynały się ślizgać i zamiast skupiać się na ułożeniu ciała, walczyłam z przesuwaniem się. Przykład: pies z głową w dół i wszystkie pozycje, które z niego wychodzą (np. uniesienie nogi w psie):

W tej asanie moje ręce przy pogłębianiu bardzo chciały przesunąć się do przodu i musiałam wkładać dużo siły w przyciskanie ich do maty. Teraz mogę odpychać się do woli, mata Manduka eKO jest NIESAMOWITA. Na niej ślizganie po prostu nie istnieje. Daje cudowną pewność i komfort. Ma to też swoje wady, bo trudno na niej np. pogłębiać szpagat – trzeba unosić nogę lekko do góry i w ten sposób przesuwać ją dalej. Jest też dość ciężka, ale to dla mnie akurat nie problem, bo na zajęcia mam rzut beretem. Jeśli do tej pory szukaliście ideału pod względem przyczepności ciała do maty, zainteresujcie się tym produktem. Przy jodze Iyengara bardzo bym ją doceniła, ale w bardziej dynamicznych rodzajach jogi, jak Vinyasa czy Ashtanga jest czystą wspaniałością.

Cena: 389 zł (sklep)

Chernobyl (HBO GO)

Był taki tydzień, kiedy codziennie słyszałam słowo „Czarnobyl” i za każdym razem z ust innej osoby. Ten serial zrobił wręcz furorę i ja podpisuję się obiema rękami pod tymi zachwytami. Jak sama nazwa wskazuje, to opowieść o katastrofie elektrowni jądrowej w Czarnobylu (1986). Produkcja pokazuje różne jej aspekty: zatrważające skutki choroby popromiennej, bezradność pracowników elektrowni, poświęcenie ludzi, a to wszystko otoczone kwitnącą w najlepsze radziecką propagandą. Śmierć, bezradność, niewiedza. Serial mocno trzyma w napięciu i każdy z 5 odcinków wręcz się połyka, choć ja nie oglądałam ich ciągiem, bo to ciężka historia. Zdecydowanie wart obejrzenia.

Mała wskazówka dla osób, które oglądają zawsze z angielskimi napisami: tym razem włączcie polskie. Angielski nie oddaje tak dobrze tej partyjnej atmosfery, słownictwa.

La casa de papel (Netflix)

Jestem wielką fanką kryminalnych klimatów, więc nie mogłam pominąć i tej produkcji. To z kolei hit Netflixa; nieanglojęzyczny. To właśnie tego obawia się wiele osób: że po hiszpańsku źle się to będzie oglądać, a nic bardziej mylnego. Ten język tylko podkręca całą dramaturgię. To historia ośmiu przestępców, którzy napadli na hiszpańską mennicę. Zabarykadowali się tam z zakładnikami, ale jedna osoba: tajemniczy Profesor, pozostała na zewnątrz i dyrygowała całą akcją, jednocześnie negocjując z policją. Serial ogląda się bez mrugnięcia okiem, aż szkoda, że w ciągu dnia trzeba spać i iść do pracy 😉 Bardzo polecam. Mimo, że już się zakończył, odniósł taki sukces, że zdecydowano się go wznowić i już w tym miesiącu pojawi się 3 sezon. Czekam z niecierpliwością i mam nadzieję, że to przeciągnięcie na siłę nie osłabi jego jakości i towarzyszących oglądaniu emocji.

IKEA, Szklane pojemniki na żywność

Obiad jem zawsze w godzinach pracy, muszę go więc codziennie ze sobą zabierać. Przez długi czas korzystałam z plastikowych pojemników, ale bardzo ich nie lubiłam. Po czasie zaczynały nabierać dziwnego zapachu, bałam się, czy wkładanie do nich gorącego jedzenia nie sprawi, że plastik zacznie coś wydzielać (przez co też nie odgrzewałam w nich jedzenia w mikrofalówce) i to plastik, a staram się minimalizować jego ilość w codziennym życiu. W IKEA upatrzyłam szklane pojemniki, które raz-dwa wyparły swoich plastikowych poprzedników. Kupiłam 3 duże (to te na pierwszym zdjęciu; najczęściej przygotowuję jedzenie od razu na dwa dni i dobrze mieć jeden w zapasie na inne rzeczy), a także kilka mniejszych.

Jedyny minus, jaki tutaj widzę, to waga takiego opakowania. Są zdecydowanie cięższe niż plastik, ale i tak nigdy nie przyszło mi na myśl, aby z nich zrezygnować. Zabieram zawsze jeden duży, czasem dodatkowo któryś z mniejszych. A zalet widzę zdecydowanie więcej:

  • to ekologiczny sposób pakowania
  • mogę do nich wkładać gorące jedzenie i podgrzewać je bez żadnych obaw
  • są żaroodporne, więc wspaniale spiszą się podczas pieczenia
  • nie wydzielają dziwnego smrodku
  • można je myć w zmywarce

Do pojemników można dobrać dwa rodzaje pokrywek: bambusową i plastikową (i zawsze kupuje się je oddzielnie, a nie w komplecie z pojemnikiem, co uważam za duży plus). Ja do każdego opakowania dobrałam bambusową, ale mam też jedną z plastiku, aby lepiej zabezpieczyć mocno płynne potrawy. Dwa lub trzy razy zdarzył mi się mały wypadek z bambusową pokrywką. Zwykle świetnie się zasysają i nie ma problemu z wylewaniem – trzeba tylko dbać, żeby guma w środku była dobrze włożona. Gdybym jednak chciała przenieść w nich zupę, wybrałabym tę z plastiku na zatrzaski. Na szczęście to się zdarza rzadko, zupy zostawiam na weekendy lub kolacje 🙂 Jeśli nie przekonuje Was noszenie w nich jedzenia do pracy, to rozważcie przechowywanie w nich rzeczy w lodówce lub w szafkach (jeśli używacie do tego celu plastikowych pudełek – jeśli radzicie sobie bez tego, to nie zachęcam do kupowania zbędnych przedmiotów). Pokazałam tutaj tylko dwa kształty pojemników, ale jest ich więcej. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Duży, prostokątny pojemnik: 27,99 zł (klik) – na stronie IKEA to cena z pokrywką

Mniejszy, okrągły pojemnik: 15,99 zł (klik) – na stronie IKEA to cena z pokrywką

IKEA, Łyżeczki z długim trzonkiem

Kolejnym hitem w mojej kuchni stały się łyżeczki o długich uchwytach (deserowe). To jest GENIALNE! Żałuję, że kupiłam tylko jeden komplet, bo korzystam z nich cały czas. Poznałam je, gdy ktoś kiedyś poczęstował mnie deserem lodowym. Ale na deserach się u mnie nie skończyło. Te łyżeczki to świetne narzędzie do mieszania w wysokich szklankach, do nabierania przypraw z opakowania, do nabierania ze słoików/słoiczków, do jedzenia z miseczek… Mogłabym jeszcze trochę wyliczać 🙂 Rewelacyjna sprawa.

Cena: 19,99 zł/6 szt. (klik)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s