Lost with Botanicals, Stardust, Serum pod oczy

* latem 2020 marka Lush Botanicals zmieniła swoją nazwę na Lost with Botanicals

Muszę uczciwie przyznać, że skóra okolicy moich oczu ma się ostatnimi czasy wyjątkowo dobrze. Nawet w momentach drobnych kryzysów nie potrzeba mi wkładać dużo wysiłku w jej pielęgnację, mającą na celu przywrócenie należytego stanu. Mimo wyjątkowej sympatii do marki Lost with Botanicals, z którą się nie kryję, długo zwlekałam z wypróbowaniem ich sztandarowego produktu, serum pod oczy o przepięknej nazwie Stardust (gwiezdny pył).

Powodów było kilka, ale wszystkie sprowadzają się do tego samego: zużywanie preparatów do pielęgnacji skóry wokół oczu idzie mi wyjątkowo nieśpiesznie. Chciałam więc dokończyć preparaty, z których wówczas korzystałam, a jednocześnie zastanawiałam się nad taktyką podejścia do Stardust. Opakowanie kryje bowiem aż 30 ml produktu, co przy moich potrzebach (nie używam tego typu kosmetyków codziennie, a tym bardziej dwa razy dziennie) i narzuconych ograniczeniach (Lost with Botanicals sprzedaje tylko świeże kosmetyki, które są wysyłane tuż po przygotowaniu i na ich zużycie najlepsze będzie 10 pierwszych tygodni) jest nadzwyczaj niewygodne. Deklarowany czas przydatności do użycia oczywiście można delikatnie nagiąć, ale do roku raczej nie 🙂 Pozostaje konserwacja, podzielenie się z kimś, aplikacja w hojnych ilościach lub wyjście poza sugerowane rejony i stosowanie na twarz/dekolt itp. Ja postanowiłam skorzystać z tej ostatniej opcji, a zaszczytu obcowania ze Stardust dostąpiła moja szyja.

Konsystencja, aplikacja, wchłanianie

Zwarta, gęsta, ale z elementami lekkości – jest jednocześnie treściwa i puszysta. Przy tak bogatym, odżywczym składzie można by spodziewać się tłustego preparatu, jednak mimo całego bogactwa, zdołano ująć mu tłustości i ciężkości. Krem delikatnie się ciągnie (patrz: zdjęcia konsystencji), odkształca leniwie.

Mówi się, aby wklepywać preparaty pod oczy i w przypadku tego kosmetyku to wręcz niezbędne, jest bowiem trudnym i wymagającym dla skóry zadaniem zaaplikować go pociągnięciami palca. Próby wcierania generują potrzebę zbytniego pociągania skóry (to agresywne traktowanie). Formuła tworzy smugi i użytkownik szybko orientuje się, że nie tędy droga. Krem należy wklepywać i być przy tym cierpliwym. Stardust nie jest w stanie wchłonąć się błyskawicznie i przede wszystkim – nie całkowicie. Szczególnie początkowe użycia, gdy nieobeznany z właściwościami preparatu użytkownik nie jest jeszcze pewien, jakich ilości musi przestrzegać, mogą nastręczać problemy. Ja miałam je nieustannie – nakładałam go za dużo. Wchłanianie zależy więc tutaj ściśle od ilości i sposobu aplikacji. Najlepiej ogrzać go w dłoniach przed nałożeniem na skórę. To mój stary sposób na znaczne polepszenie wchłaniania i na rozluźnienie, „zmiękczenie” konsystencji produktów. Po drugie – najlepiej zacząć od minimalnych ilości, bo taki smużący kosmetyk ma to do siebie, że „rośnie” – zamienia się w białą maź, która wraz z każdym kolejnym ruchem wręcz mnoży się na skórze i niepostrzeżenie dostarczamy tym skórze większą niż początkowo zakładana, ilość produktu.

Jak wspomniałam, Stardust nie wchłania się od razu w stu procentach, co niekoniecznie jest jego wadą. Przy minimalnych ilościach mowa o ochronnej, subtelnej warstwie – dla mnie pożądanej. Małe porcje zdołały zawsze z powodzeniem wchłonąć się wraz z upływem czasu. Przy pozostawieniu go jednak na noc (grubą warstwą) mało wymagająca skóra może zostać niepotrzebnie obciążona. Moja taka jest. Nie była w stanie przyjąć tyle kremu, nie potrzebowała tego. Z czasem porzuciłam więc stosowanie go w formie maski. Być może dojrzałe, suche cery, docenią takie działanie. Mam nadzieję, że dożyję do zostania posiadaczką dojrzałej cery i że Lost with Botanicals wciąż będzie istniało na rynku – wtedy się o tym przekonam. 🙂 Nocne wybryki kończyły się u mnie tym, że krem pozostawał na skórze, a tego nie chciałam.

Nie jestem w stanie ocenić jego zachowania w kontekście makijażu oczu – jak wiecie, nie maluję się.

Skład

Rosa Damascena Flower Water, Aqua, Punica Granatum (Pomegranate) Seed Oil, Actinidia Chinensis (Kiwi) Seed Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Astrocaryum Murumuru Seed Butter, Caprylic/Capric Triglyceride, Isostearyl Isostearate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Opuntia Ficus Indica (Prickly Pear) Seed Oil, Pyrus Malus (Apple) Seed Oil, Glycerin, Royal Jelly, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Caffeine, Coffea Arabica (Coffee) Seed Extract, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Panthenol, Betaine, Euterpe Oleracea (Acai) Fruit Extract, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract, Paullinia Cupana (Guarana) Seed Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), Cera Alba, Xanthan Gum, Nelumbo Nucifera (Pink Lotus) Flower Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Limonene

Co tu dużo mówić… Bomba odżywcza. Szczególnie interesujące w kontekście rozbudzania skóry okolic oczu są dla mnie: kofeina, ekstrakt z zielonej kawy, ekstrakt z guarany. Mamy tutaj stary, dobry kwas hialuronowy, ale też wyjątkowo cenny, najdroższy olej świata – z opuncji figowej. To tylko wierzchołek góry antyoksydantów. Po szerszy opis odsyłam na stronę producenta – marka udostępnia opis stosowanych przez siebie składników (tutaj).

Z pewnością zainteresuje Was obecność miki oraz dwutlenku tytanu. Krem nie bez powodu nazwano gwiezdnym pyłem. Ma on bowiem właściwości rozświetlające, rozjaśniające. Drobiny są jednak idealnie wkomponowane, wyważone. Nie ma mowy o błysku, brokacie, świeceniu. Jest za to subtelny, zdrowy blask, który daje o sobie znać w niewymuszony sposób. Dodaje zdrowia, świeżości, promienności. Efekt na powyższych zdjęciach jest nieco przerysowany, bo nałożyłam na dłoń hojną warstwę kremu (więcej niż tutaj przedstawiłam), ale sądzę, że udało mi się oddać na nich rodzaj rozświetlenia, z jakim mamy tu do czynienia.

Cena: 245 zł/30 ml (sklep)

Działanie

Stardust wstrzelił się w specyficzny dla mojej skóry moment. Byłam akurat w trakcie kuracji Epiduo (adapalen + nadtlenek benzoilu). Ponieważ to preparat w kremie, z przyzwyczajenia zdarzyło mi się zaaplikować go w okolicach oczu (często zdarza się, że pod oczy stosuję dokładnie to samo, co na reszcie twarzy). Nie było to zbyt fortunne posunięcie, bo Epiduo potwornie drażniło moją cerę i nie omieszkało narobić ambarasu również w przypadku skóry pod oczami. Chodzi mi głównie o zewnętrzne kąciki, bo do wewnętrznych i do środkowej części nie zdążyłam na szczęście nigdy dojechać. W porę przypominałam sobie, z jakim kremem mam do czynienia.

Zaczerwieniona, wysuszona, nawet boląca skóra – to te cechy zawitały na liście rzeczy, z którymi musiałam się uporać. Stardust dał im radę bardzo szybko. Nie mogę powiedzieć, że odmienił skórę od razu, ale stopniowo, z każdą aplikacją odczuwałam poprawę. Oczywiście, w międzyczasie zdarzały mi się ponowne wyskoki z Epiduo, jednak obecność kremu Lost with Botanicals łagodziła nieco sprawę, a z czasem odstawiłam ten okrutny krem (oczywiście mowa o Epiduo 🙂 i mogłam skupić się już spokojnie na regeneracji, a ta następowała dosyć szybko (ale powtarzam: stopniowo). Aplikakowałam go początkowo codziennie lub co dwa dni (wieczorem), a z czasem tylko co kilka dni.

Stardust wystąpił u mnie w roli opatrunku. Ma świetne właściwości regeneracyjne, pomógł przywrócić mojej skórze sprężystość i elastyczność, a także prawidłowe nawilżenie. Później nie miał okazji do wykazania się, bo gdy skóra okolic oczu powróciła do dobrego stanu, nie miał jej już wiele do zaoferowania, poza jego utrzymaniem (a musiałam wręcz uważać, aby jej nie obciążyć zbyt dużą dawką okluzji). Mam za co być mu wdzięczna, jednak przy dobrym, stabilnym stanie skóry jest dla mnie nazbyt odżywczy i nie wymagał codziennego stosowania, co wpływało pozytywnie na jego wydajność, co z kolei tylko pogarszało sprawę z terminem ważności. 🙂 Zawsze aplikowałam go na palec dość hojnie, aby pokryć jeszcze szyję lub ewentualnie całą twarz (ale to jedynie epizodyczne przypadki, nie ma o czym mówić). Cieszę się, że mogę to powiedzieć: jestem za młoda na jego regularne stosowanie 🙂 To bomba odżywcza, mocno regenerujący produkt o wysokiej skuteczności w kontekście przywrócenia ukojenia i nawilżenia skórze wysuszonej, dojrzałej, doświadczonej, a może niezadbanej. Jeśli identyfikujecie się z którąś z tych cech, warto po niego sięgnąć.

Zapach

Lost with Botanicals skrupulatnie dba o to, aby ich kosmetyki były luksusowe pod każdym względem. Do najczęściej wymienianych zalet całej grupy ich produktów należy zapach i ja jestem jedną z osób, które oklaskują go najgłośniej. Marka trzyma się zbliżonych do siebie kompozycji zapachowych (w przypadkowo wziętych w dłonie produktach mogą być zupełnie różne, ale po poznaniu całej gamy preparatów Lost with Botanicals zauważa się kierunek, w którym zmierza marka). W serum Stardust wyczuwam cytrusy na różanej chmurce, a także drzewo sandałowe.

Ściskam serdecznie! Do usłyszenia w kolejnej recenzji,

Ewelina

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s