Ulubieńcy 2019

To ten rodzaj wpisów, przy którym palce same garną się do pisania, a szybkość uderzania w klawiaturę przyjmuje zawrotne wartości 🙂 2019 był dla mnie rokiem urodzajnym pod względem dobrych wyborów kosmetycznych i przyznam, że liczba produktów, które nominowałam do ulubieńców roku mocno mnie zaskoczyła. Postarałam się mocno zawęzić listę i wskazać tylko top of the top, ale i tak jest tego więcej niż w ubiegłych latach. Dwa produkty nie pojawiły się na zdjęciach, bo nie mam aktualnie nawet pustych opakowań po nich 😦 Zatem wczytajcie się dobrze, aby ich nie pominąć 🙂

Pielęgnacja twarzy

Fridge, 3.1 rosemary cleansing milk / Cena: 97 zł/100 g (sklep)

Nie mogę nie rozpocząć od oczyszczania. W ubiegłym roku poznałam swoje dwa absolutne hity: rozmarynowe mleczko Fridge i kremowy żel Plantea. O.MÓJ.BOŻE. Jakie one są dobre dla mojej cery i jak wspaniale się ich używa! Mleczko Fridge zupełnie odczarowało dla mnie świat mleczek i emulsji, od których stroniłam po niezbyt dobrych doświadczeniach z przeszłości. Moje upodobania, a także rynek kosmetyczny, zmieniają się jednak i cieszę się, że podjęłam ryzyko. Jestem w stanie wykonać nim każde mycie (nawet usuwam tusz do rzęs, czego wcześniej nie robiłam), zarówno poranne, jak i wieczorne (ogarnia oba etapy). Bardzo dobrze myje i jest przy tym niesamowicie delikatne. To moje ogromne zaskoczenie i narodziny płomiennej miłości. Trzecie opakowanie właśnie do mnie dotarło:) Wkrótce możecie spodziewać się pełnej recenzji.

Plantea, Kremowy żel do mycia twarzy / Cena: 79 zł/200 ml (sklep)

Kremowy żel Plantea to z kolei żel, który na twarzy zmienia się w olejek, a po dodaniu wody – w emulsję. Prawdziwy z niego kameleon, co jest nieco intrygujące (to zresztą nie jedyny taki produkt w ofercie tej marki, ale o tym za chwilę). Używałam go przede wszystkim w wieczornej pielęgnacji – mógł być i pierwszym, i drugim krokiem myjącym. Popełniłam nawet szczegółową recenzję (tutaj) i tam zapraszam po więcej. Ostrzegam, będziecie chcieli go mieć 🙂 On także gościł u mnie już dwukrotnie i na tym się nie zatrzymam. Był świetny.

Shy Deer, Lekka emulsja do demakijażu i oczyszczczania / Cena: 60,90 zł/200 ml (opakowanie plastikowe), 67,90 zł/200 ml (opakowanie szklane)

Chciałabym także wyróżnić emulsję do demakijażu Shy Deer. Korzystałam z niej w drugiej połowie roku, zachęcona wyczynami mleczka Fridge (bo to zdecydowanie bardziej ekonomiczna opcja). Może i z nim nie wygrywa, ale i tak mocno zapadła mi w pamięć i mam zamiar kupić ją ponownie, tym bardziej, że od jakiegoś czasu ma szklane opakowanie!. Jest bardziej płynna od rozmarynowego mleczka i stanowiła rewelacyjną bazę do modyfikacji innych produktów, np. żelu Resibo, który był zbyt mocny. Samodzielnie służyła mi przede wszystkim do mycia o poranku, ale połączenie jej z mocniejszymi środkami pozwalało bardzo dobrze domyć nawet ciężkie kremy z filtrem podczas wieczornej pielęgnacji. Po czasie zorientowałam się, że mam do niej spore zaufanie; była łagodna dla mojej cery, nie potęgowała odwodnienia, nie pozostawiała uporczywej warstwy, a domywała delikatnie i skutecznie. Tak – myślę, że zasługuje, aby dołączyć do elitarnego grona ulubieńców 🙂

Whamisa, Organic Flowers Toner Deep Rich / Cena: 11,90 zł/20 ml; zależna od wielkości, ja zapłaciłam ok. 150 zł/300 ml. Sytuacja w sklepie jest mocno dynamiczna (sklep).

Porwałam się z motyką na słońce, kupując tak duże opakowanie tego toniku – 300 ml jest nie do zużycia w rozsądnym czasie. Nakładam go nawet na skórę głowy podczas olejowania. Jednak jego pierwotnym zadaniem jest tonizacja. Toniki wyleciały z mojej pielęgnacji z hukiem i używam ich jedynie od czasu od czasu (jeśli spełniają określone kryteria), ale to coś więcej niż tonik – dla mnie to serum nawilżające. Cudownie nawilżające 🙂 Przynoszące skórze ulgę, łagodne. Produkt ma formę rzadkiego żelu. Nakładam go pod krem (nocą – klasyczny, za dnia – krem z filtrem). Efekt komfortu i natychmiastowego nawilżenia, jaki daje, jest nie do pobicia. Rewelacyjny produkt. Wciąż czuję, że mówię o nim za mało. Myślę jedynie, że opakowanie mogłoby mieć pompkę, ale to jedyny (i nie taki ważny) mankament tego toniku. Polecam go każdej cerze (ale tym odwadniającym się cienką warstwą pod coś innego lub zmieszany na dłoni z innym produktem, dostarczającym okluzji).

Fridge, 1.4. eye / Cena: 169 zł/14 g (sklep)

To był rok, w którym intensywnie testowałam kosmetyki Fridge. Wciąż nie wyczerpałam swojej listy zakupów u nich, co mam nadzieję nadrobić w obecnym półroczu, ale udało mi się przerobić znakomitą jej część. Zaczęłam od mocnego arsenału, do którego należał oczywiście różany krem pod oczy. Mogę śmiało powiedzieć, że to najlepszy krem do tych okolic, jakiego dane mi było spróbować. Ma w sobie tę harmonię pomiędzy konsystencją, a działaniem, jakiej szukałam. Jest gęsty, widać, że ma mocny potencjał odżywczy. I ten potencjał w pełni wykorzystuje. W kremach pod oczy szukam odpowiedniej długości wchłaniania (aby nie wyparowywał nazbyt szybko, ale też nie obciążał skóry i ostatecznie wchłaniał się całkowicie), a także odpowiedniego poślizgu na skórze, abym nie musiała jej maltretować aplikacją. Szukam też przywrócenia komfortu w trudnych sytuacjach (np. gdy płaczę, nadmiernie łzawię, pocieram oczy i tak dalej) i codziennej dawki solidnego nawilżenia. We wszystkich tych kategoriach daję mu 10/10, po prostu nie mam się do czego przyczepić. Właśnie rozpoczęłam drugie opakowanie 🙂

Babo, Przeciwzmarszczkowe serum do twarzy / Cena: 139 zł/50 ml (sklep)

Pozostając w temacie nawilżania, serum Babo to kolejny kosmetyk, o którym mówię zdecydowanie za mało, a które towarzyszy mi już od wielu miesięcy (i wciąż się nie skończyło, ale już są na to widoki ;)). Jest bogate w składniki nawilżające i łagodzące. Bardzo podoba mi się, że na tym się skupiono i nie dodano mu kolejnych dziesięciu funkcji. Nie zawiera zapachów, ani syntetycznych, ani olejków eterycznych. Bardzo to w nim cenię, bo to na rynku kosmetyków naturalnych rzadkość i jednocześnie cecha przeze mnie pożądana (uważam, że producenci z tym przedobrzają w tego typu kosmetykach). Cenię je za fantastyczne nawilżenie, takie, które daje skórze komfort na długo. To żelowa, lepka konsystencja. Wystarczy użyć kilku kropel na całą twarz i dekolt. Gdy aplikuję większą ilość, pozwala mi nawet na samodzielne stosowanie, czego nie oczekiwałam od żelowej formuły (zazwyczaj dodaję potem kosmetyk choć w niewielkim stopniu powlekający skórę, np. krem Microbiota z Plantea). Udany produkt o nieudanym opakowaniu – wolałabym, aby nie miał pipety, a pompkę (jest zbyt gęsty na pipetę). Przez długi czas podstawowy kosmetyk nawilżający w mojej kosmetyczce. Brawo, Babo 🙂

Lush Botanicals, you’re frozen / Cena: 255 zł/50 ml (sklep)

Gdy przyszło do wyboru ulubionego kosmetyku Lush Botanicals, zaśmiałam się, bo to absolutnie niemożliwe 😀 Jestem ogromną fanką tej marki, bo każdy jej produkt zrobił na mnie duże wrażenie. Dobieram je tylko w zależności od aktualnych potrzeb cery. Było trudno, ale postanowiłam wybrać krem reperujący you’re frozen. W ubiegłym roku sięgnęłam po drugie już opakowanie. Powroty zawsze świadczą o tym, że kosmetyk zdał u mnie egzamin celująco; nie są przypadkowe. You’re frozen to krem bogaty w swojej formule, ale jak na Lush Botanicals przystało – pięknie wtapiający się w cerę. Nie pozostawia po sobie wstrętnego filmu, a pożądany przeze mnie woal ochronny. Nakładałam go w bardzo niewielkich ilościach. Zwiększałam je w przypadku większego zapotrzebowania na okluzję. Skóra miękka, odżywiona, chroniona za dnia przed czynnikami atmosferycznymi. Nie wiem, czego mogłabym jeszcze chcieć od takiego kremu (pisząc „takiego” mam na myśli dość treściwego, bogatego). Gorąco go polecam. Marka umożliwia zakup próbek, do czego zachęcam w pierwszej kolejności, sama tak robię, zanim sięgnę po kolejny kosmetyk. W 2019 korzystałam z 3 kremów Lush Botanicals: in the air (recenzja), you’re frozen i rozpoczęłam stosowanie starlight (wkrótce przygotuję recenzję porównawczą z you’re frozen), a także z jednego kremu dedykowanego okolicom oczu – stardust. Wszystkie były na piątkę z plusem, ale postanowiłam, że koronę dostanie jeden 🙂 To jedna z tych marek, gdzie cena idzie w parze z dostarczaną jakością.

Plantea, Krem Microbiota / Cena: 99 zł/15 ml, 149 zł/30 ml (sklep)

Przy wyborze kremu do twarzy staję zawsze przed pytaniem: Lush Botanicals czy coś innego? To pierwsze kusi najbardziej, bo nabrałam do marki ogromnego zaufania (i wciąż nie przeszłam przez całą ofertę, a po próbkach nie budzi moich wątpliwości, że to zrobię), jednak w chwili, gdy zobaczyłam krem u Plantea, z prędkością światła dodałam go do listy kosmetyków do sprawdzenia. Zainteresowała mnie przede wszystkim jego osobliwa konsystencja. To pierwszy krem w mojej kosmetyczce, który się tak zachowuje. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym. W opakowaniu nie odbiega wyglądem od innych kremów. Wydaje się, że będzie średnio tłusty, odżywczy, łatwy w obsłudze. Po zetknięciu w twarzy zdaje się, że mamy do czynienia z zupełnie innym produktem, bo konsystencja nagle rozluźnia się i sprawia wrażenie zupełnie płynnej. To krem o bezkreśnie przyjemnej lekkości, wpływający na skórę przede wszystkim łagodząco, lekko nawilżający. Producent postawił sobie za cel przywrócenie równowagi hydrolipidowej poprzez odbudowę mikroflory bakteryjnej (ma to być osiągnięte dzięki prebiotykowi i probiotykowi w składzie). Bardzo ciekawa pozycja dla cer tłustych i mieszanych (dla suchych może nie wystarczać). U mnie robił szał 🙂

Pielęgnacja włosów

Olejowanie na wczesaną odżywkę

Moje włosy + oleje to połączenie idealne, jednak po wielu latach stosowania olejów samodzielnie lub na podkład z żelu aloesowego, rozpoczęłam akcję-kombinacje w ramach urozmaicenia. I co tu się stało!! Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Włosy odżywione jak nigdy przedtem, gładkie, „mięsiste”. Przy okazji zniwelowałam problemy ze spłukiwaniem oleju – odżywka jest świetnym emulgatorem i do tej pory dzielnie zmywała olej nałożona NA niego tuż przed myciem, ale teraz ma szansę wykazać się podwójnie, bo i odżywić włosy, i sprawić, że mogę już tylko spłukać mieszankę z włosów i od razu użyć szamponu. To wszystko, gdy jest nałożona PRZED olejem. Metoda jest bardzo prosta, bo polega tylko na rozprowadzeniu odżywki na suchych włosach (najpierw robię to palcami, a potem poprawiam grzebieniem o dość wąskim rozstawieniu zębów), a następnie aplikacji oleju i pozostawieniu okładu na określony czas (u mnie jest to z reguły kilka godzin). Przykładowy zestaw kosmetyków przedstawiłam niedawno na Instagramie – tutaj.

4 Szpaki, szampon w kostce / Cena: 32 zł/75 g (sklep)

Szampony w kostce to najlepszy kosmetyczny pomysł ubiegłego roku. Gdybym miała wybrać jeden produkt, który tym rokiem zawładnął, to byłby to właśnie on. Po pierwsze, to wielkie ukojenie w moim dążeniu do zmniejszania ilości plastikowych odpadów. Tutaj kartonik jest papierowy, u innych marek występują też metalowe puszki. Kostka nie ma wcale imponujących rozmiarów, ale wystarcza na bardzo długo. I świetnie myje 🙂 Oczywiście, mówię tutaj za siebie, bo ta konkretna kostka szamponowa ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ale marek, które biorą się za takie lesswaste’owe szampony (i nie tylko! Są też odżywki w takiej formie!) jest coraz więcej, więc wierzę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Propozycja 4 Szpaków ma cytrusowe nuty zapachowe, pieni się jak szalona i pięknie oczyszcza włosy i skórę głowy. I przy plastikowej tubie wygląda naprawdę zacnie 🙂 Nie zrezygnowałam jeszcze całkowicie z szamponów w plastiku, ale będę do tego dążyć. Brawo, 4 Szpaki.

Whamisa, szampony (sklep)

O szamponach Whamisa słyszałam niesamowite historie. Ponieważ nie mam wrażliwej skóry głowy, nie jestem w stanie zweryfikować wszystkich przypisywanych im właściwości, jednak sposób, w jaki myją mogę podsumować tylko w jeden sposób: „Oooh, mamma” (wybaczcie, ostatnio mam non stop w głowie piosenkę, która się zaczyna tymi słowami ;)). Są wspaniałe. Kupiłam obie wersje. Towarzyszyły mi przez cały rok (zwykle mam kilka szamponów na różne potrzeby). Tę do przetłuszczającej się skóry głowy już zużyłam, jestem teraz w połowie nawilżającej. Obie oczyszczają tak samo dobrze, pienią się rewelacyjnie i to sama przyjemność umyć głowę takim kosmetykiem. Myślę, że wersja odświeżająca jednak wygrywa, bo daje przyjemny efekt chłodu na skórze. Uwielbiałam to uczucie 🙂 Szampony są dobrze wyważone – nie obciążają włosów, a z drugiej strony nie wysuszają ich. Mam wrażenie, że pomagają też w rozczesywaniu, choć z tym nie miałam nigdy jakichś wielkich problemów. Duże butle wystarczają na wiele miesięcy, a włosy myję codziennie. Szampony nie generują potrzeby kolejnego mycia, jedno jest w zupełności wystarczające.

Pielęgnacja ciała

Eco by Sonya, Kokosowe mleczko do ciała / Cena: 145 zł/375 ml (sklep)

Podobnie jak z wyborem ulubionego kremu Lush Botanicals, nie było mi łatwo wybrać ukochane smarowidło do ciała. Używam balsamów i maseł niemalże każdego dnia (czasem daję skórze odetchnąć – jak zawsze kluczowa jest dla mnie obserwacja). Myślę, że na miano najlepszego zasługuje propozycja australijskiej marki Eco by Sonya. Gigantyczna butla skrywa idealnie kremowy, gęsty balsam. Nie przypomina mi w kontekście konsystencji kosmetyków naturalnych, z którymi mam najczęściej do czynienia, a raczej klasyczne, drogeryjne balsamy. To akurat komplement 🙂 I miła odmiana. Po prostu lubię tę jego „budyniowość”. Dobrze się wchłania, nie jest tłusty ani lepki. Traktuje skórę odżywczo i regenerująco, poprawia jej wygładzenie. Pachnie kokosowo, ale dla mnie – tylko okej. Nie jest perfumowany, zapach pochodzi najpewniej z oleju kokosowego. Na szczęście brak mu sztuczności, ale to jednak nie ta sama przyjemność, co przy czystym oleju kokosowym/wiórkach kokosowych. To jedyna rzecz, którą bym ulepszyła, reszta jest bez zarzutów. A konsystencja wspaniała, muszę to powtórzyć 🙂

Ministerstwo Dobrego Mydła, Balsam w sztyfcie Czekocynamon / Cena: 56 zł/75 g (sklep)

Balsamy w sztyfcie to dla mnie taka sama rewelacja jak szampony w kostce (tylko bez papierowych opakowań). Stosowanie maseł było dla mnie zawsze udręką, bo ich tłustość i upierdliwość przechodzi ludzkie pojęcie (np. masło shea), a tu proszę, takie rozwiązanie. Wykręcamy sztyfcik, aplikujemy bezpośrednio na skórę, warstwa jest odpowiednio cienka. I tak można się relaksować 🙂 I przy okazji powlekać naskórek w razie potrzeby. Wypróbowałam już wszystkie cztery sztyfty z oferty Ministerstwa, ale w ubiegłym roku królował Czekocynamon. Zapach, jak to u Ministerstwa, przenosi na pięć minut do raju. Lubię, gdy kosmetyki pachną łakociami. Dla wielu użytkowników te pomady to remedium na suche miejsca na ciele, u mnie za to wzbogacają standardowe balsamy (najpierw aplikuję lekki balsam, a na niego ten w sztyfcie). Coś dobrego i dla ciała, i dla umysłu 🙂 Zdecydowanie polecam, jeśli zależy Wam na przemyceniu do pielęgnacji ciała

Lush Botanicals, Masło do twarzy i ciała Crème de la crème / Cena: 165 zł/50 ml (sklep)

To samo, czyli „coś dla ciała, coś dla umysłu” mogę powiedzieć o maśle Lush Botanicals. Nie ma formy sztyftu, ale i tak znacząco wyróżnia się wśród tłuściochów. Za mną dwa opakowania. Pachnie różowym lotosem i cytrusami, czyli obłędnie (zapach lotosu to czysta poezja). Należy tutaj, bardziej niż w przypadku pomady, uważać na nakładaną ilość (lepiej, żeby to było mniej niż więcej), ale przy takim maluchu oszczędzanie jakoś łatwiej przychodzi. Czyni skórę bardziej miękką i gładką, ale kosmetycznego Oscara dostaje za całokształt, bo nie tylko działanie, ale i uszczęśliwiający zapach, i puszysta konsystencja stanowią o jego wspaniałości.

Inne

Diptique, Philosykos EDP / Cena: 565 zł/75 ml (sklep)

Od kiedy poczułam go po raz pierwszy na swojej skórze, nie mogłam wyrzucić go z głowy. Wolę jednak nie kupować perfum kierowana impulsem, dlatego długo z tym zwlekałam. W 2019 stało się – zamówiłam cały flakon (wcześniej korzystałam z próbki). Słodkość owoców figowca, delikatna szorstkość jego liści, kora z tego drzewa, biały cedr i rozkoszne mleczko kokosowe. Na mojej skórze ta mieszanka wybrzmiewa bardzo ciepło, kojarzy się z wieczorem przy kominku, daje mi poczucie bezpieczeństwa i przestrzeń, w którą mogę się rzucić z otwartymi ramionami. Słodkie zapachy, z którymi miałam do czynienia do tej pory, kończyły się upadkiem gdzieś na końcu, nieprzyjemną nutą, która mąciła dobry początek i później stawała się uciążliwa. Z Philosykos jestem w stanie przejść cały dzień. Zapach jest trwały (nie bardzo trwały, ale dla mnie to dobrze), trzyma się raczej blisko ciała.

Phenomé, Krem silnie regenerujący / Cena: 55 zł/50 ml (sklep)

Stawiam olbrzymie wymagania kremom do rąk i niewiele z nich jest w stanie im sprostać (niestety, największy problem jest wśród kosmetyków naturalnych). Kremy Phenomé kupiłam już dawno temu i żałuję, że nie otworzyłam ich wcześniej, bo widząc, jak świetnie poradziła sobie wersja regenerująca (drugą dopiero zaczynam stosować), zrobiłabym zapas podczas Black Friday. Krem nie tylko świetnie odżywia skórę dłoni, wygładza ją i uelastycznia, ale przede wszystkim robi to w bardzo komfortowy sposób. Używam kremów do rąk wiele razy w ciągu dnia i muszę mieć coś, co nie tłuści, nie pozostawia okropnej warstewki, pod którą nic się nie dzieje (skóra jest tylko natłuszczona, a nie nawilżona) i tak, krem Phenomé spełnił wszystkie moje wymagania, a do tego pięknie pachniał migdałami. Rewelacja.

Plantea, Śliwkowe masełko do ust / Cena: 36 zł/15 ml (sklep)

Poważnie podejrzewam, że gdybym tylko miała więcej produktów tej marki, to wszystkie by tutaj trafiły 😀 Może poza galaretką, której nie udało mi się jeszcze do końca oswoić (ale też ma swoje zalety). Śliwkowe masełko to ratunek dla moich ust. Ma puszystą, przyjemną konsystencję i jest nieprawdopodobnie wydajne. W pierwszej kolejności korzystałam z próbki i myślałam, że nigdy jej nie opróżnię. 😉 Balsam pozwala zarówno na aplikację cienką, „codzienną” warstwą, jak i grubszą, którą z reguły nakładam na noc, a która jak magiczna różdżka niweluje podrażnienie, szczypanie i czerwoną obwódkę (jak się domyślacie, regularne stosowanie zapobiegawcze ostatnio u mnie kuleje, stąd drugie zastosowanie). Radzi sobie szybko, bo jest otulający i mocno regenerujący. I przyjemnie pachnie/smakuje 🙂 To też doskonały balsam do skórek wokół paznokci! Nie miałam w planach dodawać go do ulubieńców roku, ale ostatnio przygotowałam wpis o ulubionych balsamach do ust na Instagramie (tutaj) i zorientowałam się, jak do niego przywykłam, jakim obdarzam go zaufaniem i że jest cichym przyjacielem. Dobrze, że jednak go nie przeoczyłam 🙂

Fridge, rozświetlacz glow&beauty / Cena: 97 zł/8 g (sklep)

Jakie to PIĘKNE! Jak wiecie, poza tuszem do rzęs i okazyjnie pomadką, nie wykonuję makijażu, więc nie o takim zastosowaniu powiem. Glow&beauty kupiłam z myślą o ciele. Bardzo podoba mi się efekt rozświetlonej, „mokrej” skóry – od razu wydaje się delikatniejsza i zdrowsza. Nie chodzi mi o to, aby było widać ten efekt pod każdym kątem i z daleka, chodzi mi o za to o to, aby był subtelny i nienachalny. Rozświetlacz Fridge taki mi dał 🙂 Wydaje się, że 8 gramów to niewiele, jeśli brać pod uwagę ciało, ale aplikowałam go jedynie na strategiczne miejsca (dekolt, szczyty ramion, obojczyki, odrobina na przedramiona) i wciąż mam go sporo. To mój produkt na wielkie wyjścia, bardzo go polecam! Zbiera też wiele pochwał w kontekście rozświetlania twarzy.

Do usłyszenia w kolejnym wpisie,

E.

2 myśli w temacie “Ulubieńcy 2019”

  1. […] Co do właściwości pielęgnacyjnych Cacao Tanning Mousse, nawilżenie jest znikome, ale skóra po samej aplikacji nie jest przesuszona. Oczywiście z czasem mogłaby się taka stać, ale nie mam tego za złe tej piance, bo to nie jakakolwiek pielęgnacja, a brązowienie było tutaj moim celem. Wystarczyło mi z zupełności, że stosowałam ją wieczorem, a rano nawilżałam skórę innym balsamem (swoją drogą, marka Eco by Sonya ma też REWELACYJNE kokosowe mleczko do ciała, pisałam o nim nawet w ulubieńcach 2019 – tutaj). […]

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s