Plantea, Microbiota, Krem do twarzy

Organizm człowieka mogą zasiedlać nawet 3 kg mikroorganizmów, jak to nazywam – żołnierzyków, mikrobiota jest bowiem linią obrony przed negatywnym wpływem środowiska zewnętrznego i mimo, że samo słowo „bakterie” jest w naszej kulturze nacechowane raczej negatywnie, należy o nie dbać, aby zminimalizować ryzyko rozwoju szczepów patogennych (wywołujących chorobę).

Cena: 99 zł/15 ml, 147 zł/30 ml (sklep)

Temat mikrobiomu staje się w kosmetyce coraz gorętszym, dostarczanie w produktach kosmetycznych prebiotyków i probiotyków to praktyka na porządku dziennym. Opowiem o kremie, który nawet nazywa się Microbiota 🙂 i za którym stoi polska marka Plantea. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie, to wiecie, że za nimi przepadam i moja kosmetyczka stale zawiera jakieś produkty wypuszczone spod ich skrzydeł. Ukochałam sobie żel do mycia twarzy, sięgnęłam już po drugie opakowanie i nie zamierzam rezygnować jeszcze długo. Jego recenzję przeczytacie tutaj; naprawdę zachęcam, abyście zajrzeli, bo to jedna z perełek na polskim rynku. Namiętnie smaruję usta śliwkowym masełkiem, wcieram suchy olejek w ciało, a moja twarz w ostatnich miesiącach gościła właśnie krem. Mocno liczę na poszerzenie asortymentu. Na ten rok zapowiedziano krem z filtrem, a przy ciekawych formułach prezentowanych przez Plantea moja głowa pełna jest nadziei i dobrych myśli względem niego.

Krem Microbiota posiada najciekawszą konsystencję ze wszystkich kremów, z jakimi miałam do czynienia kiedykolwiek. Jeśli zapoznaję się z opiniami o tym produkcie, to to pierwsza informacja, jaką przekazują użytkownicy – ma niezwykłą konsystencję. W opakowaniu krem wydaje się średniogęsty, o bogatej w tłuszcze formule, pozostawiający film. W kontakcie z twarzą w pierwszych sekundach potwierdza te przypuszczenia, aby potem „pęknąć” pod palcami i przeistoczyć się w twór zupełnie innej natury – byt o wodnistej konsystencji, zdecydowanie lżejszy. Kluczowa jest ilość kremu nałożona na skórę – gdy zdecydowałam się go dołożyć lub zaaplikować od razu grubszą warstwę, utracił częściowo tę lekkość. Budowanie ilości na skórze doprowadza do powiększenia płaszczyka ochronnego, jaki pozostawia krem. Przy minimalnej ilości warstwa na skórze jest niemalże niewyczuwalna, ale w łatwy sposób można z niego zrobić krem silniej powlekający. Mi takie cechy kameleona odpowiadają, bo czynią z niego produkt uniwersalny i odpowiadający na różne potrzeby skóry, jeśli chodzi o cechy fizyczne kosmetyków.

Przy zwiększonej ilości kremu skóra jest też delikatnie nabłyszczona. Krem nie zadziałał na moją cerę komedogennie, nie sprawiał problemów przy współpracy z innymi kosmetykami, tj. nie rolował siebie, ani innych.

Moja mieszana cera domaga się na co dzień lekkich konsystencji, braku wyczuwalnego filmu, braku tłustości. Dlatego formułę kremu Plantea przyjęła z prawdziwą ulgą. W mig się z nim dogadałam. Wcale nie hołduję zasadzie „na noc to na bogato”, bez wyraźnych sygnałów mojej skóry nie dostarczam jej bogatych, odżywczych, silnie powlekających, nawet olejowych preparatów (choć nie mówię, że w ogóle ich nie potrzebuję, bo to nieprawda – zawsze mam takie w zanadrzu :)), nie chcę przytłoczenia, bo widzę, jakie korzyści moja cera czerpie z nałożenia np. serum o konsystencji mleczka Kypris Antoxidant Dew, odrobiny kremu in the air Lush Botanicals czy truskawkowego kremu Strawberry Bloom marki Fridge. Wszystkie szybko się wchłaniają, odżywiają w punkt, skóra ma szansę je przerobić i o poranku nie przywitać mnie nadmierną ilością sebum. Krem Microbiota dołącza do grupki tych preparatów, które dają skórze właśnie „oddech”, a jednocześnie odpowiednie odżywienie.

Jest jedna sytuacja, w której nie czułam się komfortowo, stosując go, a mowa o stanie silnego odwodnienia naskórka. Nieznośne ściągnięcie wcale nie zostało zniwelowane po aplikacji, komfort nie został przywrócony. Na szczęście takie momenty zdarzają mi się ostatnio coraz rzadziej. Gdy się jednak pojawiały, nie ratowałam się kremem Microbiota, a już na pewno nie stawał w szranki samodzielnie. Jest doskonałym domknięciem nawilżających serum nałożonych pod niego. Nie wszystkie tego typu produkty (mowa o serum) nadają się do aplikacji solo, bo zbyt mocno wysychają i pogłębiają odwodnienie, ale w duecie z Microbiotą wszystko było na swoim miejscu – serum zapewniało nawilżenie, a krem zapobiegał szybkiemu schnięciu i ściągnięciu. Jednocześnie nie była to klasyczna mieszanka serum-krem, która przy mojej cerze okazuje się zdradliwa i z której nie korzystam często, bo nie ma stanu pośrodku: serum to za mało, serum z kremem to za dużo. A serum z kremem Plantea to idealnie i w sam raz 🙂 Jedno z moich ulubionych zastosowań tego preparatu.

Gdy nie zmagałam się z tym specjalnym stanem strasznie odwodnionej skóry, mogłam go bez problemu używać samodzielnie. Na noc, ale także w dzień, aplikując niewielką ilość pod krem z filtrem. Pod filtrami noszę coś lekkiego i nawilżającego, a Microbiota idealnie się do tego nadaje.

To krem o właściwościach łagodzących. Polecam go cerom, które są podatne na podrażnienia, może spowodowanych pogodą, może nietrafioną pielęgnacją, może kuracjami dermatologicznymi. Wspaniale koi skórę. W składzie nie umieszczono żadnych kompozycji zapachowych, tym samym ujmując kolejnego potencjalnie drażniącego składnika (Microbiota ma naturalny, trudny do określenia, ale zupełnie nienachalny i neutralny zapach).

INCI: Aqua, Shea Butter Ethyl Esters, Isopropyl Palmitate, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Maltooligosyl Glucoside, Polyglyceryl-3 Oleate, Glycerin, Hydrogenated Starch Hydrolysate, Sacharide Isomerate, Magnesium Sulfate, Lactococcus Ferment Lysate, Benzyl Alcohol, Coco-Caprylate/Caprate, Sorbitan Sesquioleate, Arginine, Dehydroacetic Acid, Benzoic Acid, Tasmannia Lanceolata Friut/Leaf Extract, Sorbic Acid, Citric Acid, Sodium Citrate, Lactic Acid, Biosaccharide Gum-1, Sodium Chloride, Sodium Benzoate, Sodium Levulinate, Glyceryl Caprylate, Sodium Anisate

Sądzę, że istnieje duża szansa, że cery tłuste i mieszane go pokochają 🙂 Ja z pewnością sięgnę po kolejne opakowanie, bo to cenny element w kosmetyczce. Producent umieścił go w opakowaniach o dwóch rozmiarach: 15 ml oraz 30 ml, co daje świetną okazję do wypróbowania produktu bez obaw przed zmarnowaniem, gdy jednak nie będzie pasował skórze (15 ml), a dla mnie jest kolejnym powodem do wdzięczności Plantea, bo 30 ml kremu uważam za idealnie skrojoną dla moich potrzeb pojemność (używam kremy w niewielkich ilościach i nie codziennie).

Ta marka była najfajniejszym odkryciem, jakiego dokonałam w 2019 (zaczęło się od tego, że dostałam zestaw ich kosmetyków w prezencie świątecznym!). Kibicuję mocno dalszym poczynaniom, bo dostrzegam w niej wielki potencjał. Oby został w pełni wykorzystany, bo troszkę brakuje mi na rynku takich powiewów świeżości.

Do usłyszenia w kolejnej recenzji, E.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s