Lost with Botanicals, kremy do twarzy | you're frozen | starlight

* latem 2020 marka Lush Botanicals zmieniła swoją nazwę na Lost with Botanicals

Na przestrzeni ostatnich dwóch lat nie przydarzył mi się chyba ani jeden dzień, w którym ciemne buteleczki Lost with Botanicals nie wypinałyby się dumnie przy każdym otwarciu lodówki. Mój plan zakładał wypróbowanie absolutnie wszystkich kremów w asortymencie marki i cóż, jestem już prawie u celu. Dziś przedstawię dwa z nich – you’re frozen i starlight, który był moim pierwszym uściskiem dłoni z Lost with Botanicals. Pamiętam, jak marka weszła na rynek i jak kupiłam wtedy zestaw próbek. Obok balsamu do ciała i kremu pod oczy, to jego wybrałam na pierwszy ogień. Po wydłubaniu z próbkowego słoiczka ostatniej porcji obiecałam sobie, że sięgnę po pełne opakowanie. Trochę mi to zajęło, ale w końcu zagościło w mojej pielęgnacji.

you’re frozen. Cena: 255 zł/50 ml (sklep)

starlight. Cena: 235 zł/50 ml (sklep)

Nie bez powodu you’re frozen i starlight występują tutaj w parze. Zauważyłam między nimi wiele podobieństw. Prawdę mówiąc, musiałam się mocno wysilić, aby dostrzec różnice 🙂 Był taki czas, kiedy mogłam korzystać z obu naraz i to dało mi pełen obraz tego, co potrafią. Najpierw poznałam you’re frozen. Powiem więcej – zanim jeszcze zawitał u mnie starlight, miałam już drugie opakowanie. Bardzo przypadł mi do gustu, a z jego opisu nie podejrzewałam go o to 🙂 Jest opisywany jako krem reperujący, a na takie słowa w kontekście kosmetyków naturalnych moje myśli wędrują ku bardzo bogatym konsystencjom, sporej dawce okluzji i mocnemu zastrzykowi odżywienia, który moja cera nie zawsze potrafi udźwignąć.

Z you’re frozen zaczęłam korzystać podczas terapii adapalenem i nadtlenkiem benzoilu. Preparat nazywał się Epiduo i dał mojej skórze popalić. Przede wszystkim, odwodnił ją do granic możliwości. Tak chłonęła produkty, że zaczynało to wzbudzać mój wyjątkowy niepokój. Chyba dlatego sięgnęłam wówczas po you’re frozen – pomyślałam, że będzie wystarczająco bogaty, aby przynieść skórze pożądany komfort. Jego też wchłaniała z zawrotną prędkością i dopiero dwie hojne warstwy pozwalały mi odczuć ulgę.

Szybkie wchłanianie to cecha wszystkich kremów Lost with Botanicals. Nieważne, jak bogate konsystencje mają, wykończenie jest zawsze aksamitne, na próżno szukać w nim nieprzyjemnej tłustości, filmu, pod którym skóra się poci. Owszem, można uzyskać nimi ochronny film na skórze, ale na mojej mieszanej cerze, czy w tych bardzo złych, epiduowych czasach, czy w tych stabilnych, nigdy nie było to powiązane z nadmierną tłustością, która tylko prosi, żeby ją ściągnąć z twarzy. Nie obciążały jej, a o poranku (najczęściej nakładałam je na noc) nie doświadczałam zwiększonej ilości sebum.

To właśnie w ochronnym filmie pozostawianym na skórze widzę różnice między tymi produktami. Jak wspomniałam, przez krótki czas miałam oba kremy i robiłam nawet eksperymenty z nakładaniem każdego z nich tylko na połowę twarzy. Po pierwszych minutach nie dostrzegałam różnicy, zarówno w odczuciu na twarzy, jak i dotykając jej palcami. Dopiero po około 20 minutach pojawiał się kontrast: you’re frozen już całkowicie rozgościł się na skórze, początkowo nieco tłustszy ochronny film zmienił się w ten docelowy, mniej tłusty, a bardziej aksamitny. starlight po tym czasie pozostawiał po sobie mocniej wyczuwalną powłoczkę, zapewniał większą okluzję, jednak dostrzegałam to dopiero w przypadku większej dawki obu tych kremów.

Po lewej: you’re frozen, po prawej: starlight

Konsystencja: gęsta, kremowa, początkowo dająca uczucie tłustej, jednak podczas aplikacji to uczucie było niwelowane. Kremy Lost with Botanicals muszą być przechowywane w lodówce, co też wpływa na ich konsystencję, gdy w niej przebywają – gdy napotyka na ciepło dłoni, zachowuje się oczywiście inaczej. Rozprowadzałam je palcami poprzez wcieranie, a potem delikatne wklepywanie.

Pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl w kontekście tych kremów to komfort – obdarzały nim moją cerę bez końca. Podobało mi się zmiękczenie naskórka i jego wygładzenie. Sądziłam, że kremy będą tłustsze, że może wpłyną na moją cerę bardziej odwadniająco, ale tak nie było. Mimo wszystko, nie potrafię pozostać przy jednym kremie każdego dnia, potrzeby mojej cery są różne, żongluję konsystencjami i w ich wypadku stosowanie nie przypadało na każdy dzień (pomiędzy pojawiało się m.in. rewelacyjne mleczne serum Antioxidant Dew marki Kypris, o którym wkrótce opowiem więcej – recenzja wymaga ostatnich szlifów). Zarówno you’re frozen, jak i starlight pozwoliły się stosować 3-4 razy w tygodniu, ale z biegiem czasu dostrzegam, że po you’re frozen sięgałam nawet częściej i to może być kolejnym dowodem, że był lżejszy, co może nie było dostrzegalne podczas jednorazowego użycia, a dopiero w perspektywie czasu.

Kremy przynosiły mi ulgę (nie mam na myśli działania kojącego np. zbyt rozgrzaną skórę, a ulgę w kontekście braków w nawodnieniu, kiedy to dosłownie dawały cerze pić), mocno odżywiały i regenerowały naskórek. Szczególną okazję do wykazania się miał you’re frozen przy wspomnianym Epiduo. Myślałam, że odratuje ją tylko zaprzestanie stosowania tego szatańskiego pomiotu, bo potrzebowałam nawilżenia, które nie ulotni się w trzy sekundy (moja cera piła wtedy wszystko, chwilowa ulga często nie trwała długo, dlatego dobór odpowiedniego preparatu stawał się coraz trudniejszy). Ale you’re frozen świetnie sobie poradził, choć zaznaczę ponownie, że musiałam używać go w zdecydowanie zwiększonych dawkach 🙂

Gdy: dokuczała mi nadmierna suchość, podrażnienie, szorstkość, zarówno you’re frozen, jak i starlight potrafiły wyprowadzić moją cerę na prostą. Polecam rozważyć zakup w szczególności w miesiącach jesiennych i zimowych, jeśli planujecie używać ich na dzień, latem lepiej może się spisać krem in the air (o którym pisałam tutaj). Wciąż czekam na propozycję Lost with Botanicals w kategorii lekkich emulsji, mam nadzieję, że coś takiego się pojawi.

Zapach

To u Lost with Botanicals zawsze misternie ułożona kompozycja. W you’re frozen króluje champaka (znam go tylko dlatego, że kiedyś kupiłam hydrolat champaka 🙂 Tutaj zapach pochodzi jednak z olejku). W starlight jest już bardziej cytrusowo, ale także nieco kwieciście. Wciąż mnie zadziwia, że marka nie zdecydowała się jeszcze na wypuszczenie na rynek perfum – przy ich kompozycjach zapachowych to by było coś.

INCI you’re frozen (produkt wegetariański): Rosa Damascena Flower Water, Aqua, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, Actinidia Chinensis (Kiwi) Seed Oil, Cetearyl Olivate, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter, Sorbitan Olivate, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Isostearyl Isostearate, Orbignya Cohune (Babassu) Seed Oil, Persea Gratissima (Avocado) Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Glycerin, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Hydrogenated Vegetable Oil, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Panthenol, Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract, Rubus Villosus (Blackberry) Fruit Extract, Wine Extract, Coffea Arabica (Green Coffee) Seed Extract, Vanilla Planifolia (Vanilla) Fruit Extract, Royal Jelly, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Betaine, Caprylic/Capric Triglyceride, Cera Alba, Mica, CI 77891 (Titanium Dioxide), Michelia Champaca Flower Oil, Santalum Album (Sandalwood) Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Citrus Nobilis (Mandarin Orange) Peel Oil, Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil, Limonene

INCI starlight (produkt wegetariański): Citrus Aurantium Amara (Neroli) Flower Water, Aqua, Pyrus Malus (Apple) Seed Oil, Actinidia Chinensis (Kiwi) Seed Oil, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Astrocaryum Murumuru Seed Butter, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Betaine, Caprylic/Capric Triglyceride, Glyceryl Stearate, Sorbitan Oleate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Opuntia Ficus Indica (Prickly Pear) Seed Oil, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil, Perilla Ocymoides Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Panthenol, Rosa Centifolia Flower Extract, Punica Granatum (Pomegranate) Fruit Extract, Ficus Carica (Fig) Fruit Extract, Wine Extract, Rubus Villosus (Blackberry) Fruit Extract, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Fragaria Ananassa (Strawberry) Fruit Extract, Cera Alba, Xanthan Gum, Plumeria Acutifolia (Frangipani) Flower Oil, Santalum Album (Sandalwood) Oil, Citrus Grandis (Grapefruit) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Sweet Orange) Peel Oil, Citrus Limonum (Lemon) Peel Oil, Limonene

Do usłyszenia w kolejnej recenzji (już niedługo!) 🙂 E.

Wpis nie jest sponsorowany.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s